czwartek, 16 kwietnia 2020

Od Akiry cd Kazuhiko - Event

Czułem się coraz bardziej bezradny. Każdy mój cios był odpierany, jakby umiał wyczytać ruchy z mowy mojego ciała. Jego włosy śmigały w każdą stronę, denerwując i zasłaniając obraz. Miałem ochotę wyrwać mu te kudły. Myślałem tylko o tym by ich opóźnić. Być może damy wtedy czas innym by zdołali się przegrupować i wymyślić jakiś dobry plan. Kazuhiko wyglądał jak prawdziwy wojownik. Obserwował, wyciągał wnioski i atakował. Patrząc na niego zapierało mi dech w piersi i czułem, że jestem z niego dumny. Nie wiedziałem dlaczego, ale wtedy poczułem, że mając go w drużynie jestem bezpieczny i mam w końcu osobę, której mogę zaufać. Fuyuko także była silna, lecz nie spędzaliśmy z nią tyle czasu by bardziej się zintegrować. 
Złocistowłosy z daleka spojrzał w moją stronę, wycierając twarz z potu. Być może był lepszym ninja, lecz szybkością i zażartością mu nie odstępowałem. Pewnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Spojrzał także na mojego towarzysza.
- Coś za bardzo mu się przyglądasz, kochasiu - mruknął na tyle cicho, że tylko ja go usłyszałem. Moje ręce samoistnie zacisnęły się w pięści i czułem tą mroczną energię próbującą się ze mnie wydostać. Już miałem odwarknąć coś w jego stronę, gdy o moją rękę otarło się coś miękkiego. Akamaru stanął pewnie na nogach, wpatrując się w przeciwnika. Nasz mistrz także się znalazł. Ulga ogarnęła częściowo moje ciało. Czułem, że nasze szanse wzrosły, bo Akatsuki wyglądało na lekko zdziwionych. Wycofali się by zbadać nowo przybyłą osobę. Wiedzieli, że jest silniejszy od nas. 
- A gdzie Fuyuko? 
- Pomaga przy ewakuacji mieszkańców. Prawdziwe walki na tym etapie poznawczym...Nie wiem czy coś by z tego wyszło, przeszkadzalibyście sobie - Guy nawet na mnie nie spojrzał. Kiwnąłem głową, a już po sekundzie rzucił się do ataku. Kazu ruszył za nim z dziką precyzją atakując przeciwnika, który miał teraz większy problem z przewidzeniem jego ruchów. Podczas gdy lalkarz miał na głowie dwie atakujące go osoby, ja postanowiłem zapewnić rozrywkę jego towarzyszowi. Ruszyłem do ataku, nie pozwalając mu pomóc partnerowi. Syknął gniewnie, gdy moje pazury mignęły mi milimetry przez twarzą, a kosmyk włosów poleciał w powietrze. Poczułem taką dziką satysfakcję, że na krótką chwilę moje emocje złączyły się z tymi od Hainu. Wyszczerzyłem kły w uśmiechu, widząc na twarzy przeciwnika wściekłość. Kopnął mnie, a cios posłał mnie kilka metrów do tyłu. Zaorałem ziemię pazurami by nie uderzyć budynek znajdujący się za mną. Akamaru skoczył na niego, uniemożliwiając dobicie mnie w kilku krokach. \Walczyliśmy razem, wspólnie się chroniliśmy i atakowaliśmy. Podczas walki wyglądaliśmy pewnie jak kudłate coś z zębami i pazurami.
- Mam cię dość - powiedział i ruszył na mnie z całą swoją siłą.
Skok, odepchnięcie, unik, atak, nie trafiłem. Kunai znalazł się w moim ręku jako przedłużenie dłoni. Gdy czułem, że coraz bardziej odpycha mnie w tył, poczułem wewnętrzne szarpnięcie i padłem na ziemię. Sekundę po tym, w miejscu, w którym stałem nastąpił wybuch.
Obserwuj, nie tylko atakuj
Cienie zaczęły wić się na moich dłoniach, lecz o dziwo demon nie próbował przejąć władzy nad moim ciałem. Akatsuki zaatakował ponownie, najwyraźniej widząc, że szala zwycięstwa przechyliła się na jego stronę. Z coraz większego poczucia bezsilności zacząłem się pocić tracić poczucie terenu. Uderzałem w miejsca, które wydawały się nie zabezpieczone, lecz on wciąż je blokował i wykonywał kontrę. Nagle, gdy już myślałem, że stracę głowę, cios w brzuch odrzucił go do tyłu, a Kazuhiko stanął obok mnie. Jego ubranie było w nieładzie, ubranie zniszczone i brudne. Spojrzałem na niego zdziwiony, podczas gdy pomagał mi wstać. Moje nogi zaczęły delikatnie drzeć, ale gdy cień z rąk przeniósł się na nogi, ból minął od razu. Guy znajdował się daleko od nas, wodząc przeciwnika jak najdalej od nas. Czy próbował go odciągnąć byśmy zajęli się jego partnerem i później do niego dołączyli?
Przycupnąłem na czworaka przy ziemi, szczerząc kły. Zaufam Hainu, zrobię wszystko by nie być dla Roszpunki bezużyteczną kulą u nogi. 


<Kazuhiko?>

niedziela, 12 kwietnia 2020

Od Kazuhiko cd. Akiry - Event

Zaraz po tym, kiedy ziemia osunęła się pod moimi nogami od wybuchu, przeturlałem się po zakurzonej ulicy i niemal momentalnie wstałem. Walka zapowiadała się niezwykle energicznie. Nacierające ataki nie pozwalały mi chociaż na chwilę zebrać myśli. Zdenerwowany przygryzłem wargę i użyłem Byakugan'a.
Cienkie, błękitne strużki charky połączone były z wirującymi nad naszymi głowami kukłami. Władający nimi shinobi obserwował bacznie każdy z naszych ruchów. Jego towarzysz zaś grzebał rękoma w zwisającej z jego ramienia torby. Złotowłosy uśmiechał się szeroko, zdając sobie sprawę z łatwego zwycięstwa.
W tamtym też momencie, Akira użył jedną z silniejszych technik klany Inuzuka. Dzięki Shikyaku no Jutsu chłopak przypadł do ziemi. Niemal natychmiastowo przybrał postać bardziej podobną do bestii. Szanse, że przeżyjemy do przybycia pomocy wzrosły. Wierzyłem w swojego kompana i jego siłę.
Wysłany przez Akirę Akamaru, przebiegł obok mnie i po chwili zniknął w zgliszczach. Zrozumiałem intencje swojego przyjaciela - wysłał psa, by odnalazł Guy'a. Zadanie niemal niemożliwe, znając naszego mistrza.
Kolejnym zręcznym unikiem, przeciąłem ledwo dostrzegalne nici. Lalka z trzaskiem rozbiły się o ziemię. Z niemałą satysfakcją spojrzałem na swojego przeciwnika Na jego twarzy nie malowały się jednak żadne uczucia.
- Twój kundel wziął nogi za pas - odparł spokojnie, kierując głowę ku Akirze. Kiedy cudem pojawi się tutaj Guy, wątpię, że nasz wróg będzie dalej tak pewny siebie. Mistrz może i jest głupi, ale siły mu nie brakuje.
Sekundę rozproszenia wykorzystał drugi członek Akatsuki. Otoczyły nas malutkie lewitujące będące jego dziełem pajączki. Dzięki Byakugan'owi dostrzegłem znajdujące się w nich ogniska chakry. Wybuch jednego spowoduje ekspozycję eksplozję kolejnych. Widząc pierwszą iskrę, zrozumiałem, że nie mam czasu do stracenia.
Momentalnie przysunąłem do siebie Akirę. Kolejno, szybkim uderzeniem w znajdującą się pod nami ziemię, wzbiłem w górę kamienne ściany. Naturalna tarcza ochroniła nas przed wybuchami, rozpadając się w czasie ostatniej eksplozji.
Całkowicie pokryci ziemią, ale na szczęście cali, stanęliśmy do dalszej walki. Nim chmura kurzu opadła, Akira bez słowa zaatakował blondyna, zbijając go z nóg. Mój kompan z zaciętością zadawał kolejne ciosy. Chciałem choć trochę podzielać jego wiarę. Dla mnie, byliśmy już straceni na starcie. Nasze szanse właściwie nie istnieją. Westchnąłem ciężko, wpatrując się w swojego przeciwnika. Zginąć za wioskę to największy zaszczyt, prawda?
Lalkarz posiadał wyjątkową budowę linii chakry - po kilku dekunkach wpatrywania się w niego, zdałem sobie sprawę, że nie mam do czynienia  z człowiekiem. Centrum jego mocy stanowił obiekt pośrodku ciała. Serce? Nie wyglądało.
Jedna rzecz była jednak pewna. Zniszczenie głównego ogniska chakry to mój cel. Przystąpiłem do ataku. Najpierw skok z lewej, później dopadłem z lewej. Lalka. Szybki unik i uderzenie. Kilka desek posypało się po ziemi, jednak zmuszony zostałem do wycofania się. Zmniejszenie dystansu będzie niełatwe.
Poleganie wyłącznie na Byakuganie w tym momencie nie wystarczy. Kolejny raz przygryzłem wargę i zerknąłem w stronę walczącego Akiry. Żyje. Po upewnieniu się, powróciłem myślami do problemu zmierzenia się z lalkarzem. Zniszczenie jego lalek nie należy do najprostszych rzeczy. Każda kolejna wydaje się silniejsza.
Postanowiłem więc postawić wszystko na swój żywioł. Zdawałem sobie jednak sprawę, że operowanie podłożem na tak ograniczonej przestrzeni będzie trudne. Nie mogę pozwolić na większe zniszczenia wioski. Uderzyłem tonfą w ulicę, a w miejscu, w którym niedawno stał mój przeciwnik wystrzelił w górę kawał ziemi. Członek Akatsuki odskoczył zaskoczony, a ja powtórzyłem atak jeszcze kilkakrotnie. Każdorazowo bez oczekiwanych skutków. Dystans jedynie się zwiększał, a szalejące nad moimi głowami lalki uniemożliwiały bardziej produktywny atak.
Wtedy też kątem oka dostrzegłem zielony błysk za którym rozbrzmiewało głośne szczekanie. Sekundę później mym oczom zmaterializował się nie kto inny, jak sam Mistrz Guy. Mężczyzna z zadziornym uśmiechem na ustach, poprawiał włosy, obrzucając wyzywającym spojrzeniem przeciwników.
Akira podbiegł do Akamaru i pogłaskał psa. Pojawienie się nauczyciela sprawiało, że nasze marne szanse wzrosły na mniej marne, ale dalej tragiczne. Fakt, Guy to niesamowicie silny i sprawny shinobi, ale w starciu z dwoma wytrenowanymi członkami Akatsuki również jest bezsilny. Oczywiście nie dawał tego po sobie poznać. Zginie z uśmiechem na ustach. Chyba, że pojawi się jakiś dobrze wytrenowany ninja i nam pomoże. Oczywiście, ja i Akira również jesteśmy świetnie zapowiadającymi się wojownikami, ale do poziomu naszych wrogów brakuje nam wielu lat. Chociaż swoją drogą, nasza przyszłość stoi aktualnie pod znakiem zapytania.
 - Gdzie się Mistrz podziewał? - zapytałem, podchodząc do Guy'a. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę się cieszyć na jego widok. Akira dołączył do nas chwilę później.
- Wiosna młodości przybywa zawsze na czas! - odpowiedział wymijająco, gładząc swoją grzywkę Westchnąłem zmarnowany i pokręciłem głową. Jesteśmy straceni.
- Świetnie - odparłem zmarnowany. - Co mamy robić?
Guy na chwilę spoważniał i zmierzył wzrokiem nieniecierpliwionych (i lekko zaskoczonych) przeciwników.
- A co to za dziwadło? - Blondyn wskazał ręką na naszego mistrza. Zielona Bestia zaśmiał się jednak głośno i wyprostował.
- Wybaczcie chłopcy, że was to tego zmuszam - Mistrz zwrócił się do nas. - Ale nie mamy wyjścia. Musimy bronić naszej wioski. Skupcie się i włóżcie w tę walkę całą waszą młodość!
Kończąc wypowiedź, rzucił się na przeciwników. Zapowiada się długi dzień. Chyba, że wszyscy zginiemy przed nadejściem wieczoru.
Akira?

niedziela, 5 kwietnia 2020

Od Akiry cd Kazuhiko - Event

Już z pierwszymi promienieniami słońca czułem, że nadchodzi jeden z niewielu teraz ciepłych dni. Jeszcze przez chwilę leżałem pod kołdrą, napawając się ciepłem kołdry, by po chwili zrzucić ją w części na ziemię i wstać na równe nogi. Akamaru od razu pojawił się przy mojej nodze zapewne nie śpiąc już od dłuższego czasu. Moje myśli powędrowały do mojego parntera, kóry obiecał poczekać na mnie przed siedzibą Hokage.
- Trzeba się ruszyć, Kazu nie lubi czekać - mruknąłem drapiąc go pod brodą. Spojrzałem na mój podręczny plecak z bronią w środku. Dlaczego Hokage kazała teraz codziennie nosić ją ze sobą?

~*~

Wybiegłem z budynku za psem. Najwyraźniej musiało się coś stać, bo nigdy tak nie robił. Poślizgnąłem się kilka razy na schodach biegnąc za nim, ale nawet na chwilę nie zwolniłem kroku. Wybiegliśmy na ulicę, wokół wybuchły już mniejsze i większe potyczki, niszcząc powoli naszą wioskę. Nie umiałem oszacować ilu jest wszystkich przeciwników, ale wskakując na jeden z budynków zobaczyłem, że najwięcej walczących jest przy wjeździe. Akamaru przystanął na chwilę i już wiedziałem dlaczego tak postąpił. Pod gruzami leżała dziewczynka, której matka bezsensownie próbowała ją wyciągnąć, nie zważając na co dzieje się wokół. Cywile przez nagły atak nie dali rady się ukryć.
Zeskoczyłem na ziemię, podbiegając do nich. Sprawdziłem po drodze czy droga jest czysta i stanąłem obok kobiety każąc jej się przesunąć. Na początku nie chciała mnie posłuchać, wylewając łzy i krzycząc o pomoc. Powoli zacząłem usuwać gruz wokół dziewczynki z małą pomocą Akamaru. Uważając by ściana się nie zawaliła, podniosłem ją delikatnie czekając aż mój towarzysz wyciągnie spod niej dziecko. Delikatnie złapał ją za kołnierz i zaczął ciągnąc w naszą stronę. Już po chwili kobieta przytuliła ją mocno do siebie, a ja odprowadziłem je do najbliższego oddziału, który zajmował się ewakuacją. Postanowiłem wrócić do swojej drużyny, pewnie mnie teraz szukają. Pobiegłem w drogę powrotną nagle zauważając znaną mi sylwetkę. Kazu wbiegł w jedną z uliczek, nie zauważając mnie. Już miałem go zawołać, gdy zobaczyłem, że budynek obok niego zaczął się zapadać, wydłużyłem krok w porę, by pociągnąć go w swoją stronę, samemu unikając mniejszych kamieni.

C h o l e r a.
Dwie postacie stojące przed nami nie wyglądały jakby miały pójść dalej, nie przejmując się takimi dwoma młodziakami jak ja i Kazu. Same ich szaty nie wskazywały na nic dobrego - Akatsuki i to już na początku wyjścia. Westchnąłem, nadal trzymając chłopaka za ubranie, czułem się tak bardziej pewny siebie. 
- Skończmy tą robotę szybko - usłyszałem głos jednego z nich. Na początku nie przysłuchiwałem się ich rozmowie, analizując nasze położenie i rozkład siły. I do czego doszedłem? Do naszego kompletnego upadku.
- Słuchaj, musimy ich jakoś zająć dopóki mistrz się nie znajdzie, co znając jego może zając dłuższą chwilę - wyszeptałem tak cicho by tylko Roszpunka mogła mnie usłyszeć. Zobaczyłem delikatne kiwnięcie głowy co oznaczało, że myślał o tym samym. Tylko jak my mamy to zrobić? 
Nagły ruch przerwał moje przemyślenia i jak jeden mąż odskoczyliśmy od siebie. W miejscu gdzie przed chwilą byliśmy znajdowała się dziura. Nawet nie dadzą się zastanowić. Chyba będę musiał się zdać na intuicję partnera i na swój instynkt. Kazu wylądował na dachu pobliskiego budynku, przyglądając się naszym przeciwnikom. Blond kucyk zawirował w powietrzu a w moje nozdrza dostał się dość dziwny zapach. Z wyższej pozycji miałem widok na całą wioskę. W niektórych miejscach w powietrze podnosiła się chmara dymu, słychać było zewsząd odgłosy walki. Akatsuki znalazło sobie chyba jakiś sprzymierzeńców. 
Naszego mistrza nie było nigdzie widać.
Mężczyźni nie atakowali, jedynie przyglądali się naszym poczynaniom tak samo jak my. Miałem dość tej niepewności, a Akamaru jedynie zapiszczał. Za jednym z przybyszy na walkę czekały dwie lalki, lewitując spokojnie w powietrzu.
- Sasori, może byś pomógł? - Kazuhiko spojrzał się na niego, dostrzegłem wokół jego oczu charakterystyczne żyłki. Widziałem, że w jego głowie toczyła się masa myśli jak najlepiej to wszystko rozegrać. A ja oczywiście stałem i nie wiedziałem co robić.
Zabij ich, przecież to proste.
Przymknąłem zirytowany oczy. Naprawdę?
Nie odpowiedziałem mu, widząc, że niejaki Sasori szykuje się do ataku. Jego lalki poszybowały w naszą stronę, niszcząc wszystko co napotkały. Po chwili wokół nas latały dachówki oraz kawałki domów, a my jedynie co mogliśmy robić to unikać ich ataków. Kunai zabłysnął w powietrzu gdy Roszpunka zaczęła oddawać ataki. Podczas gdy on zręcznie unikał ciosów dwóch marionetek na raz, zobaczyłem dziwne białe istoty zaczynające biegać wokół nas. Gdy jedno z nich wlazło mi na rękę, zobaczyłem niewielkiego rozmiaru pająka - to od niego bił ten dziwny zapach, który wyczułem na początku. Wtedy zrozumiałem, że nie mamy czasu na czekanie. Musimy działać sami.
Walka trwała w najlepsze. Podczas gdy Kazu walczył dostojnie z bijącą od niego pewnością siebie, ja po krótkiej wymianie ciosów odskakiwałem na bok. Może byłem dobrym wojownikiem, ale w takich sytuacjach nie umiałem panować nad swoimi emocjami. Bałem się o Akamaru, Hokage, naszego mistrza, a przede wszystkim o...Kazuhiko. Gdy z pełną siłą dotarło to do mnie, poczułem odmienne uczucie niż do które czułem do tej pory.
- Shikyaku no Jutsu - moje ręce momentalnie ułożyły się by wykonać technikę. Poczułem jak moje kły wydłużają się, pazury rosną, a oczy wyostrzają obraz. Hainu poruszył się gdzieś w moim umyśle, patrząc na całą sytuację moimi oczami. Więc co teraz Roszpunko? Spojrzałem w jego kierunku, widziałem jak jego wzrok ląduje na psie, stojącym obok mnie.
- Akamaru, idź poszukaj naszego mistrza i go tu przyprowadź - powiedziałem stanowczym tonem, jednak zobaczyłem, że się waha. Nie chciał mnie zostawić samego. - Idź.
Po chwili poczułem za sobą delikatny wiatr i pies zniknął.
- Twój kundel wziął nogi za pas - lalkarz nawet na chwilę się nie uśmiechnął.
Blondynek uśmiechnął się za to, a moje oczy rozszerzyły się. Pajączki otoczyły nas z każdej nie stron, przez to że ich nie obserwowaliśmy.

<Kazuhiko?>

sobota, 21 marca 2020

Od Taogetsu do Saeko

Ostatni raz spojrzałem na zniszczone budynki. Cała nasza wczorajsza praca poszła na marne! Jeżeli naprawdę ktoś był za to odpowiedzialny, zapłaci za to najwyższą cenę. Nie zamierzam mu wybaczać.
Kiedy Kurenai skończyła wyznaczać zadania, Sora i Saeko wyruszyli szukać śladów, ja zaś zająłem się pomaganiem mieszkańcom. Ich dotychczasowy entuzjazm przygasł znacząco. Szeptali między sobą, widocznie zasmuceni. W odbudowę miasteczka włożyli całe swoje serce. Stłumiłem w sobie typowy entuzjazm, zachowując powagę. Tragedia tych ludzi dotknęła mnie osobiście. Za każdym razem, gdy spoglądałem na twarze mieszkańców, dostrzegałem na nich niezwykły smutek. Kolejny raz utracili swój dom. 
Pierwszym zadaniem, z jakim wraz z robotnikami musieliśmy się zmierzyć było odzyskanie spod gruzów wszystkich narzędzi. Wczoraj wieczorem zostawiliśmy je pod rusztowaniami wierząc, że będą tam bezpieczne. Nie były. Większość z odzyskanych przyborów na szczęście nadawała się do dalszego użytku. Inne zaś wyrzuciliśmy na starcie. 
Kończyłem właśnie przekopywanie jednej z ostatnich konstrukcji. Przerzuciłem ciężką deskę, spod której wydobyłem młotek i siekierę. Odrzuciłem je na bok. Wtedy też odwróciłem się i niemal poczułem, jak moje serce przestaje bić. 
Powiewający na wietrze, zaczepiony o wystający kij kawałek materiału wyglądał wyjątkowo znajomo. Jak poparzony, zrzuciłem z siebie moją ulubioną kurtkę w poszukiwaniu dziury. Czy przez chwilę nieuwagi zaczepiłem o coś? 
Ubranie jednak było całe. Na szczęście. Westchnąłem ciężko z ulgą. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby cokolwiek stało się z jedną z moich nielicznych pamiątek z Kirigakure. 
Zdjąłem więc zaczepiony materiał. Nie myliłem się - był niemal identyczny jak ten, z którego wykonana jest moja kurtka. Dla pewności wylałem na niego trochę wody. Tak jak się spodziewałem, nie została wchłonięta przez materialik, a skroplona spłynęła po nim. 
Nie przypominałem sobie, żeby ktokolwiek w wiosce nosił ubrania stworzone z tego materiału. A zwróciłbym na to uwagę na pewno. 
Wrzuciłem dowód do kieszeni i ruszyłem na spotkanie z Kurenai. W głowie ułożyłem już sobie całą wypowiedź. Jeśli dobrze myślę, ten niepozorny kawałek ubrania może nam wiele powiedzieć. 
W momencie, kiedy udało mi się odnaleźć naszą mentorkę, Saeko i Sora właśnie wyłonili się zza pobliskiej kupy gruzu. Po ich minach, łatwo wywnioskowałem, że również coś znaleźli. 
- Trafiliśmy na dziwny ślad - zaczęła Saeko. Wraz z Sorą na zmianę opowiadali o niezwykłym odkryciu. Tajemniczy napis był dość kontrowersyjny. Oszustwo? Co miała oznaczać pozostawiona wskazówka? A najważniejsze, kto ją uczynił? Czy odnaleziony przeze mnie kawałek materiału również był celowym zabiegiem? Przygryzłem wargę. To nie miało sensu. Czy ktoś pragnie się z nami bawić w kotka i myszkę? 
- Taogetsu, również chciałeś coś nam powiedzieć, prawda? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Kurenai. W odpowiedzi pokiwałem głową i demonstracyjnie wyciągnąłem z kieszeni kawałek materiału.
- TA-DA! - Pomachałem przedmiotem przed twarzami towarzyszów. 
- Czy podarłeś swoją kurtkę? - zapytała z powątpiewaniem Saeko. 
- Nie tym razem - odparłem dumnie. - Ale gratuluję spostrzegawczości. Moja kurtka jest uszyta z tego samego materiału. Robi się go z lnu rosnącego wyłącznie na podmokłych terenach Kirigakure. Nie należy on do tanich - wyjaśniłem, dodając po chwili namysłu: - Bez obrazy, ale wątpię, że kogokolwiek stąd stać na sprowadzenie tego materiału. Nie widzę nawet powodów, by to robić. Tkanina jest wodoodporna, tym samym używają jej głównie shinobi mający kontakt z wszelkimi rodzaju cieczami. Dzięki mojej kurtce jeszcze nie przemokłem. - W tym momencie zaprezentowałem niezwykłe właściwości swojego odzienia, sekundę później kontynuując: - Wnioskuję więc, że materiał pozostawił ktoś z zewnątrz. Mógł pochodzić właśnie z Kirigakure. Jeśli nie, zapewne jest to osoba dość bogata. Biorąc pod uwagę okoliczności, najpewniej pała się czymś nieszczególnie nielegalnym. Na przykład najemnictwem. 
Zakończyłem wywód, spoglądając na zaskoczone twarze członków drużyny. Przez chwilę miałem wrażenie, że wszystko, co powiedziałem, było całkowicie pozbawione sensu, kiedy Sora zaczął powili kiwać głową. 
- Osoba lub osoby, tak spragnione majątku, że byłyby w stanie za pieniądze zniszczyć całą wioskę - stwierdził, zdobywając tym samym aprobatę całej grupy. Zakładając, że atak na miasteczko był opłacony, napis "oszustwo" miałby sens. Powoli wszystko łączyło się w całość. Pozostawała jednak jedna sprawa. Kto pociągał za sznurki? 
Kurenai zmarszczyła brwi, wpatrując się w ziemie. Po chwili milczenia wydała rozporządzenie:
- Nie mówcie nikomu, co odkryliśmy. Zachowujcie się tak, jakby to naprawdę wszystko było skutkiem burzy. Nie traćcie jednak czujności. Idźcie teraz pomóc mieszkańcom, ja porozmawiam z naszym zleceniodawcą. Cel naszej misji chyba właśnie się zmienił. 
W ciszy rozeszliśmy się w różnych kierunkach. Zabrałem się do dalszej pracy. Nie potrafiłem się jednak skupić na wyznaczonych zadaniach. Cały czas nie mogłem przestać myśleć o całej sprawie. Zostaliśmy rzuceni w centrum jakiegoś konfliktu, o którym nic nie mamy pojęcia. 
Wieczór nastał szybko. Kurenai nalegała, żebyśmy dzisiejszej nocy stanęli na straży wioski, jednak zleceniodawca odprawił nas, zapewniając, że sam wyznaczy do tego ludzi. Tak więc zmęczeni całym dniem powróciliśmy do naszych namiotów. Tam zjedliśmy ubogą kolację i odpoczęliśmy przed snem. Wcześniej też udało mi się wziąć kąpiel w pobliskiej rzece. 
Położyłem się w namiocie, nasłuchując, czy wokoło wszystko zamilkło. Kiedy upewniłem się, że wszyscy najpewniej usnęli, wstałem z miejsca i obudziłem Sorę. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. 
- Sądzę, że sami powinniśmy sprawdzić, co dzieje się w nocy w wiosce - szepnąłem do towarzysza. - Idziesz ze mną? 
 Nie czekając na jego odpowiedź, zabrałem swoją kurtkę i wyjrzałem na zewnątrz. Nie dostrzegając żadnego ruchu, wyszedłem poza namiot. Sora ruszył za mną. Przeszliśmy kawałek, kiedy zauważyłem w mroku znajomą sylwetkę. 
- Mieliśmy najwyraźniej ten sam pomysł. - Dogoniliśmy Saeko i w trójkę skierowaliśmy się w stronę zniszczonej wioski. 

Saeko?

Od Hideyoshi'ego do Ayame, Mitsuki - Event

Skręt, wyskok, gwałtowne cięcie z prawej - wykonywane przeze mnie ruchy zdawały się wręcz mechaniczne, jakby niepodparte żadną konkretną emocją. Katana błysnęła jasnym światłem, odbijając promienie wędrującego leniwie słońca. Jeśli zdolność obserwacji i nienagannej analizy otoczenia nie wprowadzała mnie w błąd, dobijała właśnie dziewiąta. Cudownie, została jeszcze godzina. Odetchnąłem głęboko, pozwalając sobie na chwilę upragnionego odpoczynku. Usiadłszy pod drzewem, zacząłem zastanawiać się nad wyjątkowo konkretnymi planami na spędzenie dzisiejszego popołudnie i, co wydało mi się dość absurdalne, przyłapałem się na mimowolnym uśmiechu. Od czasu poważnej rozmowy z Mitsuki i odbytej rzetelnie kary, spędzanie czasu z resztą drużyny okazało się znacznie mniej problematyczne i nieprzyjemne, aniżeli z początku uważałem. I choć nić porozumienia pomiędzy mną a dwoma kunoichi wciąż nadrywała się i ginęła pod ciężarem licznych niedopowiedzeń, odkąd zgodziły się akceptować me silne pragnienie indywidualności, współpracowało nam się znacznie lepiej.
- Kto by się spodziewał. - mruknąłem do siebie, podnosząc się do pionu
Samodzielny trening trwał jeszcze przez chwilę, nim kierowany poczuciem obowiązku ruszyłem ku umówionemu miejscu zbiórki. Droga nie była długa, dlatego nie zamierzałem zbędnie się spieszyć - wiedziałem zresztą, że Kakashi nie pojawi się planowo, dając nam sporo czasu w zapasie. Przechadzając się ulicami Konohy, nie mogłem wyzbyć się dziwnego niepokoju, potęgowanego dodatkowo dziwnym zachowaniem wszystkich wokół. Patrole starszych rangą shinobi wezbrały na sile, zalewając krajobraz swymi zielonymi kamizelkami i błyskiem licznie posiadanych ostrzy. Zmarszczyłem brwi, zwalniając kroku, mając nadzieję, że zdołam w ten sposób niepostrzeżenie podsłuchać prowadzone żarliwie dyskusje, jednak zasłyszane urywki wypowiedzi nie wskazywały na nic konkretnego. Być może wyobraźnia mnie oszukiwała i sam ubzdurałem sobie problemy. Z drugiej strony w głowie wciąż rozbrzmiewała mi poranna rozmowa z rodzicami i zaniepokojony wyraz twarzy Ryouty - i choć fakt, że rodzice nagle przypomnieli sobie o moim istnieniu, można wytłumaczyć na wiele różnych sposobów, tak nagła przemiana starszego brata budziła wątpliwości. Nie pamiętałem, by mężczyzna kiedykolwiek okazał strach. Może Hatake będzie wiedział coś więcej. Dalsze rozmyślania zostały jednak szybko przerwane przez nagłe pojawienie się znajomych twarzy, które, w przeciwieństwie do naszego pierwszego spotkania, tym razem zareagowały całkiem pozytywnie na mój widok. Skinąłem głową na przywitanie, siadając obok Ayame, z uwagą przysłuchując się toczonej przez dziewczyny rozmowie, co pewien czas wtrącając własne trzy grosze. Gdy mistrz w końcu zaszczycił nas swoją obecnością, niemal natychmiastowo przeszliśmy do treningu. Wspólna walka przeciwko Kakashiemu doprowadzała mnie do szału - choć darzyłem mężczyznę ogromnym szacunkiem przez wzgląd na jego zasługi, nie potrafiłem zdzierżyć tego, z jaką łatwością przychodziło mu odbijanie naszych ataków. Czy naprawdę byliśmy na tyle słabi, by nie musiał nawet spoglądać w naszą stronę? Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy Mitsuki postanowiła bezwstydnie zagadać nauczyciela, zdradzając tym samym swe literackie upodobania. Przewróciłem oczami, spoglądając na dziewczynę z politowaniem, nie czując się na siłach, by jakkolwiek to skomentować. Z lekka niezręczną sytuację przerwało nagłe pojawienie się innego shinobi, prezentującego dokładnie tę samą, zaniepokojoną postawę, co pozostali mieszkańcy wioski. To nie mógł być przypadek. Rozmowa trwała ułamki sekund i już po chwili, bez żadnego dokładniejszego wyjaśnienia, ruszyliśmy przed siebie w pogoni za nienazwanym zagrożeniem. Sytuacja nie podobała mi się ani trochę, a przyglądając się pozostałym członkom drużyny, mogłem zauważyć, że nie byłem jedyny. Wszyscy wyglądaliśmy, jakby podpisano nad nami wyrok śmierci. Najgorzej prezentowała się młoda Uchiha, która, prowadząc nas swym sharinganem, zdawała się maleć w oczach. Trzęsła się niemiłosiernie, choć ruchy jej ciała wskazywały, że z całego serca starała się powstrzymać targające nią emocje. I choć wielokrotnie spoglądałem w jej stronę, nie czułem się wystarczająco kompetentny, by choćby spróbować ją uspokoić. Najpewniej pogorszyłbym całą sytuację o stokroć bardziej. Wtem zatrzymaliśmy się gwałtownie, z zaskoczeniem wymalowanym na twarzach obserwując zbliżające się ku nam, skąpane w czerni i czerwieni sylwetki. Akatsuki. To niemożliwe. Zastygłem w bezruchu, czując, jak wszystkie mięśnie mojego ciała odmawiają posłuszeństwa - nie wiedziałem, czy bardziej paraliżowało mnie przeświadczenie, jak słabi byliśmy w porównaniu z intruzami, czy wzrastające przekonanie, że każdy, nawet najmniejszy ruch może sprowokować ich do ataku. Czego oni szukali w wiosce? Czy Konoha była naprawdę tak wartościowym punktem, by przyciągnąć do siebie członków przestępczej organizacji, w tym owianego osobliwą legendą zbrodniarza?
Dwukolorowe płaszcze trzepotały na wietrze, wtórując wylewającym się z ich ust obelgom skierowanym w ledwo trzymającą się na nogach Mitsuki. Wszyscy milczeliśmy, jakby obawiając się skutków ewentualnej dyskusji. Dziewczyna wyglądała, jakby z trudem powstrzymywała cisnące się do oczu łzy i drżenie ciała. Z każdą kolejną sekundą spędzoną na obserwacji roztrzęsionej kunoichi, czułem się coraz bardziej zmieszany, pełen osobliwej odmiany irytacji. Różniło nas naprawdę wiele i ciężko powiedzieć, byśmy byli sobie choć odrobinę bliscy, jednak jej ogromna charyzma i jeszcze większe serce otworzyły mi oczy, pomagając obrać nową, mniej destrukcyjną ścieżkę. Bezinteresownie wyciągnęła ku mnie rękę, gdy nieświadomie potrzebowałem czyjegoś wsparcie, kimże bym więc był, gdybym teraz nie zrobił tego samego.
- Rozprawimy się z nimi? Szczególnie, że ona jest jakimś niedobitkiem. - Przypominający rekina mężczyzna mówił spokojnie, sprawiając, że Mitsuki cofnęła się kilka kroków w tył.
Gdy jej głos zadrżał ze strachu, a palce owinęły się ciaśniej wokół dzierżonej broni, poczułem nagły, nieznany dotychczas impuls, który zmusił mnie do działania. Nim zdążyłem się choćby obejrzeć, obnażyłem ostrze katany, spoglądając na niebieskoskórą bestią spode łba.
- Niedobitek, też mi coś. - warknąłem, ignorując rozlegające się za mną zakazy ze strony pozostałych towarzyszy - Przeżyła rzeź i ma się świetnie, więc skończ, do jasnej cholery, szczekać. - Starałem się zabrzmieć najpewniej, jak tylko potrafiłem, choć każdy mięsień ciała podpowiadał mi, że wykazywałem się właśnie wzorową głupotą i nieodpowiedzialnością. - Kundlu. - Nawet paraliżujący strach nie zdołał powstrzymać cisnących się na usta obelg.
Skoro i tak dałem ponieść się impulsom, dobrowolnie wdając się w słowne potyczki z członkami Akatsuki, wyszedłbym na tchórza, gdybym teraz się wycofał. Z drugiej strony czułem jednak, jak poważne konsekwencje spotkają mnie, jeśli jakimś cudem wyjdziemy z tego cało - z bezmyślnych pobudek naraziłem całą drużynę na zatrważające niebezpieczeństwo. Oby było warto. Nim ostatnie ze słów zdążyło zginąć wśród głuchej ciszy, poczułem zaciskającą się na moim ramieniu dłoń Kakashiego, który siłą odciągnął mnie z powrotem do tyłu. W jego ruchach czuć było niepokój i zdenerwowanie moją postawą.
- Odważny jesteś. - Rekin pokręcił z politowaniem głową. - Albo wyjątkowo głupi. - Obnażył szereg niewątpliwie ostrych zębów, dobywając monstrualnego ostrza, spoczywającego dotychczas na jego plecach. - Skończmy to szybko.
Następne wydarzenia zdawały się jedynie zlepkiem pojedynczych obrazów, przeskakujących zdecydowanie zbyt błyskawicznie, by móc w spokoju pomyśleć. Brzdęk metalu o metal, uderzenia ciała o ciało i przeszywające powietrze ninjutsu - wszystkie elementy zlały się w jedno w tym wirze desperackich prób przetrwania. I choć starałem się z całych sił, by choćby drasnąć któregoś z agresorów, nie narażając przy tym reszty drużyny jeszcze bardziej, nim zdążyłem to już zrobić, różnica w doświadczeniu skutecznie udowodniła, jak ogromna przepaść oddzielała nas od członków Akatsuki. Silne, sprawne pchnięcie wystarczyło, bym przeleciał kilka metrów, z głuchym trzaskiem uderzając o rosnące nieopodal drzewo. Z niesmakiem otarłem ściekającą po twarzy strużkę krwi. 
- Po cholerę się odzywałeś, idioto. - zganiłem samego siebie, w ostatniej chwili odskakując przed uderzeniem zabandażowanej broni 
Uniki stawały się męczące, a wywołane gwałtownym zderzeniem mroczki ograniczały widoczność. Zbyt słaby. Z nienawiścią wypisaną na twarzy odsunąłem się raz jeszcze, ze zdziwieniem zauważając, że niebieska bestia jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zmarszczyłem brwi, czekając jeszcze chwilę, by upewnić się, że agresor nie wyskoczy nagle ze starannie dobranej kryjówki. Czyżby chcieli nas rozdzielić i powybijać pojedynczo? Nie, nawet w grupie nie stanowilibyśmy dla nich godnego przeciwnika. Czy bestia poświęciła mi tę krótką chwilę uwagi, by osobiście ukarać mnie za niewyparzony język? A może już po pierwszych minutach spotkania za cel obrali Kakashiego, a nasza obecność jedynie spowalniała ich działanie? Przekląłem pod nosem i pomimo przeszywającego plecy bólu pobiegłem przed siebie. Nie było czasu na kłótnie i egoistyczny pokaz siły. I choć sam nie wierzyłem w to, co zamierzałem zrobić, czułem, że współpraca u boku mistrza była obecnie jedynym, dzięki czemu mieliśmy jakiekolwiek szanse przeżycia.

[Ayame? Mitsuki? Tak, to idiota :v ]

Od Taogestu do Sory - Event

Wyszedłem z domu kolejny raz niemal godzinę przed zbiórką. Wizja kolejnej misji u boku moich przyjaciół napełniała mnie optymizmem. Nudziłem się wyjątkowo przez ostatnie kilka dni. W końcu jakaś rozrywka!
Nim udałem się na miejsce spotkania, odwiedziłem pobliski sklep, gdzie uzupełniłem zapas wody i kupiłem batonika "na później". Kolejno, wolnym krokiem, skierowałem się w stronę budynku, w którym znajdowało się biuro Hokage. Swoją drogą, od kilku dni atmosfera w wiosce jest dość napięta. Nieszczególnie jednak wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Miałem nadzieję, że dzisiejsze spotkanie z panią Tsunade przybliży nam sedno sprawy.
Usiadłem na ławce i resztę zaoszczędzonego czasu spędziłem na obserwowaniu nieba. Choć wszystko wydawało się najzwyklejsze, dziwne przeczucie nie pozwalało mi się uspokoić. Chwilę jeszcze pokręciłem się zniecierpliwiony, kiedy w końcu zjawiła się reszta mojej drużyny. Saeko i Sora również wydawali się dość podekscytowani wiadomością o nowej misji. Zamieniliśmy parę słów, w których podkreśliłem, jak niezwykłe zadanie będzie nas czekać, kiedy pojawiła się Kurenai. Po szybkim przywitaniu wspólnie udaliśmy się do pani Hokage.
- Saeko, Taogetsu, Sora… zbliżcie się do mnie. - Pani Tsunade wyglądała dzisiaj wyjątkowo przerażająco. Coś ją trapiło. - Przygotujcie się na niełatwą misję. Słyszeliście o ataku na shinobi blisko naszej wioski? Wszystko zostało doszczętnie zniszczone i wychodzi na to, że czegoś szukają. Mówi się o nich Akatsuki. Jedna osoba przeżyła, jednak była w tak tragicznym stanie, że chwilę po udzieleniu tych informacji, umarła.
Przygryzłem wargę, słuchając opowieści Hokage. Akatsuki? Ta szalona, mityczna organizacja? Ona naprawdę istnieje? Przełknąłem głośno ślinę. Nawet ja nie chciałbym się z nimi zmierzyć w walce.
Po krótkiej, nerwowej wymianie zdań Saeko z naszą mistrzynią, postanowiłem przejść do sedna sprawy. Siedzenie z założonymi rękoma nic nam nie da.
- Więc na czym polega nasza misja?
- Naszym zadaniem jest ich wytropić. Już szukają ich inne drużyny, ale im szybciej znajdziemy Akatsuki, tym mniejsze ryzyko, by zniszczyli naszą Wioskę. Musimy chronić mieszkańców, którzy już teraz żyją w strachu - wyjaśniła Tsunade, stukając palcami o blat stołu. Rzadko widziałem ją w takim stanie.
Umówiliśmy się na jutrzejszy poranek. Teraz naszym zadaniem było przygotowanie się do misji i wypoczęcie. Jeśli oni myślą, że naprawdę spędzę resztę dnia na odpoczynku, to się grubo mylą. Ledwo pożegnałem się z drużyną, momentalnie ruszyłem w stronę placu treningowego. Akatsuki to nie byle jaki przeciwnik.
***
Rankiem ostatni raz sprawdziłem, czy wszystko mam. Przeliczyłem zapas wszelkiej broni rzucanej, wyczyściłem trójząb i założyłem wygodne ubrania. Byłem gotów do walki.
Po drodze na miejsce zbiórki spotkałem swojego przyjaciela Kazuhiko. Młodszy shinobi jak zwykle starał się mnie zignorować, ale szybko się poddał, podejmując rozmowę ze mną. Chłopak, podobnie jak ja wczoraj, zmierzał na spotkanie z Hokage. Podzielił się ze mną obawami - według niego również coś było nie tak. Postanowiłem nie udzielać mu jednak szczegółów zagrożenia. Pani Tsunade wyjaśni to lepiej.
Pożegnaliśmy się dopiero przed biurem. Niedaleko też czekała już na mnie moje drużyna. Wszyscy wyglądali na dość zdenerwowanych. Próbowałem podnieść ich jakoś na duchu, ale wszelkie próby rozbawienia ich nie przynosiły efektu.
Ledwo znaleźliśmy się w pobliskim lesie, żeby przedyskutować plan działania, kiedy rozległ się huk. Ziemia zaś zadrżała pod moimi nogami.
- Co to, do cholery, było? - rzuciłem, patrząc w stronę wioski. Chwilę później spojrzałem na towarzyszy. Wszyscy wyglądali na dość przestraszonych. Sam czułem, jak moje serce szaleńczo bije. Czyżby było za późno?
- Wracajmy - zarządziła Kurenai, ruszając w stronę wioski. Bez słowa podążyliśmy za nią.
Wstrzymałem oddech, kiedy zobaczyłem, co stało się w wiosce. Część budynków została zburzona, mieszkańcy krzyczeli rozpaczliwie, a gdzieniegdzie kątem oka było możliwe dostrzec ludzi ubranych w charakterystyczne, ciemne płaszcze.
- Pomóżcie cywilom - rozkazała sensei, kierując się w stronę pierwszego zwalonego domu. Wraz z Sorą i Saeko dopadliśmy do rannych, udzielając im pierwszej pomocy. Przeklinałem w myślach Akatsuki. Zapowiadał się ciężki dzień.

Sora?

piątek, 20 marca 2020

Mitsuki do Hideyoshiego/Ayame - Event

Stałam oko w oko z jednym z największych zbrodniarzy tego okresu, Uchiha Itachim. Mężczyzna ten wybił cały mój i swój klan... Czyli moich znajomych, koleżanki, kolegów, dalszą rodzinę... Wszystkich, co do jednego. Pragnęłam go w tamtym momencie zabić, jednak byłam świadoma tego, że była za słaba. A jak do tego doszło? Wróćmy do początku...
Tego dnia nie było żadnych misji, więc postanowiliśmy z drużyną je spędzić na szlifowaniu naszych umiejętności. Ayame zgodziła się na ten pomysł, a Hide, jak to Hide, musiałyśmy go do tego przekonać. Kakashi w sumie też się zgodził, uznał to za dobry moment, aby sprawdzić nasz progres. Byliśmy umówieni na dziesiątą przy Pomniku Pamięci. Jednak nie wstałam na ostatnią chwilę, aby na styk, tylko o szóstej. Jakoś tego dnia nie umiałam sobie dłużej pospać... Coś mnie drażniło. Gdy zeszłam na śniadanie, Tsubaki wyglądał na zaniepokojonego. Oczywiście, moja matka, Yuki była spokojna i pogodna. Podczas śniadania blondyn wyjaśnił, że ma jakieś złe przeczucia co do tego dnia. Jego rodzicielka spojrzała się na niego z politowaniem, sugerując mu, że wstał lewą nogą. Mężczyzna jedynie wzruszył ramionami, zjadając w ciszy posiłek. Sama za wiele nie mówiłam podczas śniadania, nie miałam najlepszego humoru. Około dziewiątej opuściłam dom i poszłam w stronę umówionego miejsca. Szłam spokojnym i powolnym spacerkiem, rozglądając się dookoła. Aż w końcu dotarłam do Pomniku Pamięci. Niedługo potem przyszła Ayame. Porozmawiałyśmy ze sobą o wszystkim i o niczym. Na początku nie byłam przekonana czy na pewno uda mi się jakąś więź stworzyć z dziewczyną, a, okazało się, że była niezwykle kochaną osobą, której dosyć szybko zaufałam. Niedługo potem dołączył do nas Hideyoshi, który już nie był tak skory do ploteczek. Chociaż ostatnio się nieco zmienił, szczególnie po naszej średnio udanej misji, w której zostałam dosyć poważnie ranna. Najwyraźniej udało mi się go delikatnie przekonać do jakiś prób współpracy. Cieszyło mnie to, że próbował to jakoś zmienić. Zaś ja pokładałam wszelkie starania, aby akceptować jego indywidualizm i zaczęłam przymykać oko na jego samowolkę. Było już pół po dziesiątej, a wciąż Kakashiego nigdzie nie było. Na początku było to irytujące, jednak z czasem się do tego przyzwyczajałam. Fakt, czasami mnie to irytowało, że musieliśmy na niego czekać, szczególnie, że to własnie sam mentor nam godziny ustalał.Gdy w końcu się pojawił, spojrzałam na niego ze zrezygnowaniem, chociaż był progres. Spóźnił się o czterdzieści minut, a średnio przychodził spóźniony o godzinę. Jako rozgrzewkę walczyliśmy we trójkę przeciwko joninowi. Oczywiście, zamiast skupić się na nas, to wyjął sobie książkę do czytania. Dosyć szybko zorientowałam się, że właśnie czytał tę samą książkę, co skończyłam parę dni temu. Odchrząknęłam i posłałam delikatny uśmiech do mentora.
- A zdradzić senseiowi sekret? - powiedziałam, patrząc uważnie na reakcję Kakashiego.
- Jaki? - mówiąc to, nawet nie spojrzał w moją stronę.
- Jak się ta książka "Bijatyka flirtujących" zakończy - odpowiedziałam, chichocząc cicho pod nosem, celując kunaiem w stronę mężczyzny. Ayame spojrzała się na mnie pytająco, a Hide wyglądał na załamanego moją próbą rozproszenia jonina.
- A to nie jest przypadkiem książka dla pełnoletnich? I czy ty przypadkiem nie masz siedemnastu lat? - zapytał się dosyć rozbawiony białowłosy jonin. No tak... Zapomniałam, że ta seria książek była przeznaczona dla pełnoletnich. Zaśmiałam się nerwowo i delikatnie się zarumieniłam.
~ Znowu z siebie głupka zrobiłaś... Ergh ~ pomyślałam, próbując znowu zaatakować.
Nagle, niedaleko nas zjawił się jakiś inny jonin. Wyglądał na bardzo zmartwionego i zdyszanego. Zatrzymaliśmy nasz trening, gdy tylko się pojawił.
- Cześć Kakashi, słuchaj, weź geninów i sprawdźcie pobliskie lasy za dzielnicą, która kiedyś należała do klanu Uchiha - powiedział zdyszanym głosem.
- A co się stało? - zapytał się Kakashi, chowając książkę.
- Są jacyś intruzi w tamtych rejonach. Sprawdźcie kto to, jednak starajcie się nie angażować w walkę - odpowiedział mężczyzna. - Wracam na posterunek, liczę na was - pożegnał się z nami i od razu zniknął, jakby się rozpłynął w powietrzu. Gdy tylko usłyszałam, że mieliśmy się zbliżyć do miejsca, w którym kiedyś żyłam i w którym doszło do masakry, nie byłam uradowana tym faktem. Sensei najwyraźniej zauważył mój dyskomfort i zmartwienie.
- Dasz radę z nami pójść? - zapytał się, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Tak... Tak, dam radę - odpowiedziałam spokojnym, ale lekko drżącym głosem. Bez większego namysłu pobiegliśmy w stronę dzielnicy, w której kiedyś przebywali członkowie mojego klanu... Przez całą drogę milczałam. Gdy w końcu znaleźliśmy się w lesie, zaczęłam się rozglądać za intruzami. Uaktywniłam Sharingana, abym mogła lepiej dostrzec jakiś najmniejszy ruch w pobliżu. Znikąd, pojawiły się przed nami dwie postacie w długich czarnych płaszczach, przyozdobione w czerwone chmury. Jeden z nich, wyższy niósł coś podobnego do miecza, ale był owinięty w bandaże. Dziwny i niecodzienny widok. Ten niższy mężczyzna o ciemnych włosach uniósł wzrok, wpatrując się we mnie. Przeraziłam się widokiem jego oczu.
- Sharingan... - powiedział cichym i chłodnym głosem, patrząc mi prosto w oczy. Przełknęłam głośno ślinę i instynktownie się cofnęłam. Byłam przerażona. Przede mną stał sam Itachi, jeden z najzdolniejszych zbrodniarzy tej ery.
- Itachi... - cała się trzęsłam ze strachu. W tamtym momencie pragnęłam być silna zarówno fizycznie jak i psychicznie. A jednak... W przeciwieństwie do wielu moich współklanowiczów byłam słaba i niczego nie potrafiłam dobrze zrobić.
- Kojarzę cię - oznajmił obojętnym głosem. - W twojej rodzinie jedynie twój brat był zdolny jak na Uchihę. O ile się nie mylę, to w akademii nie szło ci najlepiej. Gdyby nie twój Sharingan bym nie pomyślał, że należymy do tego samego klanu - dodał. Jego głos był taki zimny. Znów się cofnęłam. Nie wiedziałam, co mnie bardzo bolało, fakt, że nie potrafiłam sprostać oczekiwaniom czy spotkanie mordercy moich znajomych i dalszej rodziny.
- Rozprawimy się z nimi? - zapytał się mężczyzna o niebieskiej skórze. - Szczególnie, że ona jest jakimś niedobitkiem - oznajmił, przyglądając mi się. Chciałam zaatakować, jednak strach sparaliżował moje ciało. Tak bardzo pragnęłam by w tamtym momencie przy mnie był Michio.
- Przepraszam... - wyszeptałam, zaciskając dłoń na rękojeści kyotesku shoge.

Hideyoshi? Ayame? 
Template by