poniedziałek, 16 marca 2020

Od Saeko do Sory

Mój dzień się właśnie skończył, i z prostych powodów miałam spać w namiocie wraz ze swoją mistrzynią. Weszłam do środka ciężko wzdychając. Wzdrygnęłam się słysząc zatroskany głos Kurenai. Nie spodziewałam się jej tak szybko i sądziłam, że pójdę spać od razu. W głębi siebie czułam, że kobieta będzie chciała ze mną porozmawiać na temat moich odczuć odnośnie grupy, wyjaśnić co nieco.  
-Wszystko w porządku, Saeko? - przesunęła się robiąc tym samym miejsce dla mnie. Usiadłam obok niej wbijając wzrok w czubek swoich butów. Kiwnęłam głową uporczywie się nad czymś zastanawiając.  
-Coś cię trapi, prawda? Jestem twoją przełożoną i chciałabym wiedzieć co się dzieje- uśmiechnęła się ciepło kładąc dłoń na moim ramieniu. Najpierw spojrzałam na jej dłoń i idąc wzdłuż jej ramienia dotarła do jej twarzy. Przekrzywiłam głowę.  
-Nie jestem do końca pewna ale czy nasze umiejętności nie są zbyt podobne? W sensie… tego jeszcze nie widać ale odnoszę wrażenie, że będzie ciężko nam ze sobą pracować a ja nie lubię pracy w grupach, gdzie nie ma przydzielonych konkretnych ról- zaczęłam na początku nieśmiało ale z każdym wypowiedzianym słowem stawałam się odważniejsza. Musiałam wyłożyć kawę na ławę, by była świadoma moich predyspozycji. Nie chcę żadnych niedomówień.  
-Moim zdaniem niepotrzebnie się martwisz. Tworzycie idealny zespół i sama się o tym wkrótce przekonasz. Podobno potrafisz dobrze myśleć, dlatego wierzę, że to zobaczysz - uśmiechnęła się jeszcze szerzej zamykając przy tym oczy. 
Nie uważałam się za osobę, która by martwiła się o swoją drużynę. Może jednak coś w tym było? Nieustanna zmiana już mnie nużyła i chciałam wreszcie osiągnąć rangę wyżej, wspinać się po szczebelkach hierarchii. Kiwnęłam głową na znak, iż zrozumiałam jej przekaz. Mój kącik ust ani na moment nie drgnął. Odwróciłam wzrok uparcie wpatrując się w wyjście naszego namiotu.  
-Co myślisz o całej sytuacji? Biedni mieszkańcy - westchnęła Kurenai jakby czytając w moich myślach. 
Na swoją twarz przybrałam zacięty wyraz twarzy, nieprzyjemna aura była wyczuwalna przez mistrzynię. Była zaskoczona nagłą zmianą, ale wiedziała, że miała dobry wydźwięk. Coś mnie zdenerwowało, irytowało w tym wszystkim.  
-Jest beznadziejna. Cały czas o tym myślę i coś nie daje mi spokoju -odparłam dotykając dłonią podbródka. -Muszę się z tym przespać- mruknęłam kładąc się z zamiarem pójścia spać. -Dobranoc, Mistrzyni 
-Śpij dobrze, Saeko -odparł cicho wzdychając.  
~~~~ 
Następnego dnia obudziłam się dość wcześnie. Chwilę później do moich uszu dobiegły jakieś krzyki i zawodzenia. Spojrzałyśmy na siebie z Kurenai porozumiewawczo, by zaraz potem w pośpiechu wyjść ze swojego namiotu. Skierowałyśmy się w stronę głosów w głąb Wioski. Z daleka widziałam już obalone rusztowania co tylko potwierdziło moje przypuszczenia. Nic tutaj nie pasowało. Gdy tylko stanęłyśmy w miejscu od razu zaczęłam rozglądać się dookoła wychwytując swoim spojrzeniem wszystko, co może mi się przydać. Ta misja miała skończyć się bezproblemowo, tymczasem zachodzą tutaj pewne komplikacje.  
- Nie przypominam sobie, żeby w nocy była burza -zwrócił uwagę Sora, na co ja pokiwałam głową.  
- Uprzednio też nie mogła to być burza -odezwałam się wreszcie chłodno kalkulując w myślach, co właściwie chcę przekazać. Wszyscy spojrzeli na mnie pytająco. -Spójrzcie na poziom zniszczenia. Burza w normalnych warunkach nie przeszłaby tylko przez jedną Wioskę. Jest to wręcz niemożliwe -podparła się pod boki z widoczną konsternacją. -Ktoś próbuje im zaszkodzić ale pytanie, po co? -przekrzywiła głowę wprawdzie zadając to pytanie bardziej sobie niż pozostałym członkom drużyny.  
-Jestem pod wrażeniem, że potrafisz powiedzieć coś więcej! -wykrzyknął Taogetsu, trochę psując poważny nastrój sytuacji. Westchnęłam krótko rzucając w jego stronę karcące spojrzenie.  
-Mistrzyni Kurenai, chciałabym bliżej przyjrzeć się zniszczeniom -zwróciła się do czarnowłosej. -Może znajdzie się coś na co warto zwrócić uwagę -wzruszyłam ramionami. 
-W porządku, Sora i Saeko, zajmijcie się tym -kiwnęła z powagą głową, na całe szczęście zgadzając się na mój pomysł.  

Sora? 

sobota, 14 marca 2020

Od Hideyoshiego cd Mitsuki

Rozmowa z Mitsuki całkowicie wybiła mnie z rytmu - nie spodziewałem się, że po ostatnich przepełnionych kłótniami godzinach będzie miała w sobie choć odrobinę chęci, by nawiązać ze mną rozmowę. Dziewczyna miała wiele powodów, by chcieć całkowicie usunąć mnie ze swojego życia, ba, pewien byłem, że gdyby wytłumaczyła Kakashiemu sytuację, mogła nawet pozbyć się mnie z drużyny, jednak z jakiegoś powodu przywlokła się za mną na dach szpitala, proponując rozejm. Zmarszczyłem brwi, przysłuchując się jej niespodziewanym propozycjom, nie do końca wiedząc, jak powinienem się zachować. Rozum podpowiadał mi, by wciąż trwać w stworzonej lata temu bańce pozornej nienawiści i zepsucia, jednak serce krzyczało wręcz, by w końcu odpuścić. Wewnętrznie rozdarty, skłócony z samym sobą z początku zareagowałem dość agresywnie, jednak Mitsuki wciąż pozostawała nieugięta, proponując coraz wymyślniejsze ultimatum. Ta dziewczyna była niemożliwa. 
- No dobrze, niech będzie. - rzuciłem w końcu, nie mając siły na dalsze kłótnie
Nie przywykłem do otaczania się ludźmi, nie do końca wiedząc, jak zachować się w sytuacjach wymagających choćby minimum umiejętności socjalnych. Stałem więc jak kołek, z trudem składając słowa pocieszenia, licząc, że Uchiha zrozumie zawartą w nich intencję. Przeprosiny zabrzmiały jednak beznamiętnie, jakby ich wypowiedzenie było dla mnie najgorszą możliwą karą. Ugryzłem się więc w język, stwierdzając, że dalsza gadanina najpewniej skończyłaby się kolejną kłótnią i dodatkowymi problemami. Kontakty z ludźmi były zbyt problematyczne.
- To może w ramach przeprosin zapraszam cię dzisiaj wieczorem na ramen? - Dziewczyna uśmiechnęła się słodko, wprawiając mnie w niemałe zakłopotanie.
Chciała spędzić czas ze mną? Po tym wszystkim, przez co przeszła z powodu moich egoistycznych pobudek? Z początku zaprzeczyłem, robiąc co w mojej mocy, by znaleźć sensownie brzmiącą wymówkę, jednak czarnowłosa nie ustępowała, i nie zapowiadało się, by jakikolwiek z przytaczanych przeze mnie argumentów miał ją zniechęcić. Westchnąłem ciężko, przecierając skronie - wyjścia towarzyskie nie były w moim stylu, szczerze mówiąc, nie pamiętałem, bym kiedykolwiek z własnej, nieprzymuszonej woli zdecydował się gdzieś z kimś wyjść. Wychodziłem z założenia, że budowanie bliskich relacji zawsze skończy się jedynie rozczarowaniem i bólem. Przekonałem się o tym na własnej skórze, wychowując się w cieniu własnych bliskich. 
Wplotłem dłoń we włosy, analizując wszystkie za i przeciw - wiele czynników mogło pójść nie tak i szczerze wątpiłem, że Mitsuki zadowoli się spędzonym ze mną czasem. Oszukiwanie się nie miało większego sensu, byłem zwyczajnie nieprzyjemny. 
- No dobrze, tylko nie narób mi później kłopotów. - mruknąłem bez zastanowienia, po chwili gryząc się w język. Idiota.
Z rozczarowaniem wymalowanym na twarzy czym prędzej odwróciłem się ku schodom, próbując ukryć przed Mitsuki jakiekolwiek przebłyski emocji - nie mogłem pokazywać przed nią żadnych oznak słabości, a uczucia z pewnością do takowych należały. Ciszę przerwały wkrótce rozlegające się za moimi plecami kroki czarnowłosej, zmierzające ku przydzielonej jej sali szpitalnej. Poczekałem na zewnątrz, aż dziewczyna przygotuje się do wyjścia, obserwując jednocześnie, czy nie spotkamy na drodze nieproszonych gości. Ostatnim, czego potrzebowaliśmy, było przyłapanie przez szpitalny personel. Uchiha wyszła zaledwie kilka minut później. Ruszyliśmy przed siebie, skradając się wzdłuż zawiłych korytarzy, uważnie pilnując, by nie dać się przyuważyć. Gdy w końcu opuściliśmy budynek, kierując się w bliżej nieznane mi miejsce, niemal odetchnąłem z ulgą, powstrzymując się w ostatniej chwili - ucieczka ze szpitala do bólu przypominała amatorską misję szpiegowską i szczerze nie podobało mi się, jak ogromne niosła ze sobą konsekwencje. Jeśli zakończy się niepowodzeniem, a ja po raz kolejny okryję się hańbą, mogę pomarzyć o przyjęciu do ANBU. I choć w sercu biłem się z ogromem wątpliwości, mięśnie twarzy nie poruszyły się choćby o milimetr, a złote tęczówki wciąż beznamiętnie odbierały rzeczywistość. Wędrowaliśmy w ciszy, a gdy w końcu zdałem sobie sprawę, dokąd tak naprawdę zmierzamy, bliski byłem zawrócenia. Czy ta dziewczyna w ogóle była poważna?
- Żartujesz sobie. - rzuciłem w końcu, mierząc dobrze znane mi insygnia klanowe - Jeśli cię złapią...nie, jeśli mnie złapią, skończy się to tragicznie.
Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie starcie, jakie nastąpiło pomiędzy mną a bratem Mitsuki, gdy trafiła do szpitala. Chłopak był wściekły i jeśli dowie się, że nie zdołałem utrzymać jej w szpitalnych czterech ścianach, mogę pożegnać się z reputacją i tak pożądanym przeze mnie szacunkiem. Uchiha zdawała się jednak pewna powodzenia swej drobnej misji, dokładając wszelkich starań, by niepostrzeżenie wślizgnąć się do mieszkania. Świeżo zagojone rany i wciąż tkwiące w zgięciach wenflony uniemożliwiały wykonanie zbyt gwałtownych ruchów. Dziewczyna nie wyglądała jednak, jakby cokolwiek miało ją zatrzymać. Podszedłem więc i rzuciwszy niedbałą instrukcję, przykucnąłem, by pomóc jej dostać się do środka. Mitsuki spojrzała na mnie zaskoczona, jednak po chwili wykorzystała moje plecy jako osobliwą drabinę, znikając mi z oczu. Sam oparłem się więc o ścianę, nie opuszczając gardy - zostanie wykrytym w takiej chwili, byłoby szczytem amatorszczyzny. Jednocześnie wciąż rozmyślałem nad propozycją, na którą bezmyślnie przystałem - będąc całkowicie szczerym, nie miałem pojęcia, o czym z nią rozmawiać, a tym bardziej, czy w ogóle powinienem się odezwać. Nie byliśmy przecież przyjaciółmi. Z letargu wyrwało mnie pojawienie się wyraźnie bardziej zadowolonej ode mnie kunoichi, dzierżącej w dłoniach zabrane z domu przedmioty. Mrugnąłem kilkukrotnie, nie wiedząc, jak się zachować. 
- Dobra robota. - rzuciłem, odwracając się na pięcie
Czy moje słowa miały w ogóle jakikolwiek sens? Czy Mitsuki odbierze je jako sarkastyczną docinkę, czy potraktuje poważnie? Cholera, przebywanie z ludźmi było niesamowicie problematyczne. Ruszyliśmy więc w stronę baru Ichiraku, kilkukrotnie chowając się przed mijanymi po drodze shinobi, którzy mogliby przysporzyć nam niemało kłopotów. Ku naszemu szczęściu, w lokalu nie było innych klientów. Rozsiedliśmy się więc wygodnie, zamawiając ciepły posiłek - dopiero w chwili, gdy miska pojawiła się tuż pod moim nosem, poczułem, jak głodny byłem przez cały dzień. 
- Zapłacę. - wypaliłem szybko, kładąc na ladzie odpowiednią sumę. Dziewczyna spojrzała na mnie podejrzliwie, marszcząc brwi. - Trafiłaś przeze mnie do szpitala, jakoś muszę ci to wynagrodzić. Może być? - Wytłumaczyłem, usilnie starając się, by nie użyć swego zwyczajowego, pełnego wyrzutu głosu. 
Mitsuki zawahała się, jednak stojący za ladą Teuchi zdążył zabrać już pieniądze, obdarzając nas ciepłym uśmiechem. Odpowiedziałem jedynie skinieniem głowy, istniały pewne granice sympatii, które i tak zdążyłem już dzisiaj przekroczyć. Życzyliśmy sobie smacznego, pochłaniając gorący wciąż ramen w milczeniu. Atmosfera była nieswoja, można śmiało powiedzieć, że wręcz krępująca - jeszcze niedawno rzucaliśmy się sobie do gardeł, a teraz udawaliśmy, że nic się nie stało. Cała sytuacja zdawała się dla mnie wyjątkowo nielogiczna i pomimo usilnych starań, wciąż nie potrafiłem rozgryźć, co siedziało w głowie Mitsuki, gdy poszła za mną na dach szpitala. Brak wiedzy zaczął wkrótce doskwierać mi na tyle, że odwróciłem się ku niej, nawiązując prawdopodobnie pierwszy, całkiem uprzejmy kontakt wzrokowy.
- Dlaczego? Po co mnie przeprosiłaś i próbowałaś ułożyć pasujący mi scenariusz, skoro nie zrobiłem nic, żeby na to zasłużyć? - zapytałem, nie ukrywając dłużej kierującego mną zagubienia
Uchiha zamrugała kilkukrotnie oczami, najpewniej układając w głowie odpowiednie uzasadnienie. Po chwili przemówiła, rzucając światło na relacje drużynowe i konieczność dogadania się dla wspólnego dobra. Słuchałem jej z uwagą, nie rozumiejąc jednak żadnego przytaczanego przez nią argumentu. Celem każdego shinobi było przecież wypełnienie misji, a nie zawieranie przyjaźni - czyżby idea, w której zostałem wychowany, nie była tak nienaganna, jak myślałem? 
- ... Nie czujesz tego, że jeśli nie dojdziemy do porozumienia, nic nam nie wyjdzie? Bycie shinobi nie polega na robieniu wszystkiego samotnie. Właśnie dlatego mamy przyjaciół, którzy mogą nas wesprzeć. - zakończyła swą wypowiedź, jeszcze bardziej powiększając mętlik w mojej głowie
Milczałem, stukając palcami o drewniany blat. Przyjaciele. Nie byliśmy przecież sobie ani trochę bliscy, jaki był więc cel wybaczenia mi tego, co zrobiłem? 
- Nie mam przyjaciół. Nigdy nie miałem. Zresztą można się chyba tego domyślić. - rzuciłem w końcu, odchylając się na krześle - Nie mam pojęcia, o czym mówisz, bo nigdy tego nie doświadczyłem. - Prychnąłem żałośnie, czując się, jakbym dobrowolnie obnażał właśnie wszystkie swoje słabości. - Naprawdę myślisz, że po tym wszystkim jest jakakolwiek szansa, żebyśmy się dogadali? Nawet jeśli nie mam pojęcia, do czego powinienem dążyć? - Kontynuowałem, próbując znaleźć odpowiedź na wszystkie męczące mnie pytania. 
Czułem się paskudnie słaby, mając wrażenie, że gdyby zobaczył mnie teraz ktokolwiek z rodziny, najprawdopodobniej wyśmialiby mnie na miejscu. Sam też miałem ochotę śmiać się wniebogłosy nad własnym bezsensem, jednak zasiane przez Mitsuki ziarna wątpliwości rozbudziły we mnie dziwną ciekawość, z której istnienia nie zdawałem sobie wcześniej sprawy. A może zwyczajnie ignorowałem? Czyżby na tym polegała słynna Wola Ognia, której nigdy nie doświadczyłem? Przekląłem pod nosem, żałując, że kiedykolwiek się odezwałem.

[Mitsuki? Trochę zmiękł :v]

czwartek, 12 marca 2020

Od Taogetsu do Saeko

Wiadomość, że nasza misja będzie polegać jedynie na naprawie jakiejś wioski podcięła mi skrzydła. Liczyłem na nieco bardziej emocjonujące zajęcie. Po chwili jednak mój entuzjazm powrócił. Będzie to idealna okazja na poznanie moich nowych towarzyszy!
Saeko wydawała się dość oschła. Obserwowałem ją przez jakiś czas, mając nadzieję chociaż na sekundę zobaczyć uśmiech na jej twarzy. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Dziewczyna stała wyprostowana, mierząc nas wzrokiem. Sora zaś wydawał się nieco bardziej komunikatywny. W pierwszej części spotkania widać było jego speszenie, ale z każdą chwilą wydawało się, że się rozluźnia. Tyle dobrego. Uziemienie z drużyną pełną milczków nie należało do szczytu moich marzeń.
Nasza nauczycielka pokrótce wyjaśniła zasady misji. Tłumaczyła podstawowe sprawy typu: "słuchajcie się mnie", "unikajcie kłopotów", "nie wszczynajcie niepotrzebnych walk". Jednak przez moje podekscytowanie, wszystkie instrukcje wpadały jednym moim uchem, wypadały drugim.
W końcu ruszyliśmy. Cel naszej podróży podobno znajdował się dość daleko. Z tego też powodu Kurenai kazała nam się oszczędzać. Nim dotarliśmy do zniszczonej wioski, mieliśmy dwa postoje, które starałem się wykorzystać na lepsze poznanie swoich współtowarzyszy. Saeko nie należała do osób wyjątkowo rozmownych, a Sora odpowiadał jedynie na skierowane wyłącznie do niego pytania. Jedynie nasza mentorka zdawała się skora do dłuższych rozmów. Chociaż ona.
Finalnie po południu dotarliśmy do wioski. Tam, niemal momentalnie mój uśmiech zniknął z twarzy. Uprzedzono nas wcześniej o skutkach burzy, jednak widok doszczętnie zniszczonych budynków i nieszczęśliwych ludzi, uporczywie ratujących swój dobytek, był niezwykle przytłaczający. Wioska przypominała niemal powojenne pobojowisko. Nie ocalała właściwie żadna konstrukcja. Wokoło walały się cegły, deski i należące do mieszkańców przedmioty osobiste. Przykry widok, który z każdą chwilą napełniał mnie coraz większym współczuciem i determinacją. Musimy im pomóc!
W czasie, kiedy rozglądaliśmy się po ruinie, podszedł do nas mężczyzna. Zamienił kilka słów z naszą nauczycielką. Ta kiwała głową, przytakując.
- Jak widzicie, pracy jest wiele, nie mamy chwili do stracenia. - Kurenai zwróciła się do nas. Wyglądała na równie przygnębioną co my. - Wasza pierwsza misja zostaje oficjalnie rozpoczęta.
Słysząc kończące wypowiedź zdanie, ponownie zatliła się we mnie iskierka entuzjazmu. Pierwsza misja. Wyrażenie dźwięczało mi w głowie, kiedy zacząłem rozglądać się po okolicy:
- Od czego mamy zacząć? - zapytałem, szukając punktu zaczepienia. Zdawało się, że jesteśmy potrzebni wszędzie.
- Chodźcie za mną - poleciła mistrzyni, kierując się w głąb zrujnowanej wioski. Po drugiej stronie miasteczka praca wrzała. Stały tam już pierwsze drewniane konstrukcje i rusztowania. Ludzie w przeróżnej kategorii wiekowej współpracowali, doprowadzając swój dom do ładu. Ponownie podszedł do nas znajomy mężczyzna. Zmierzył nas wzrokiem i przydzielił odpowiednie zadania. Trochę zasmucił mnie fakt, że nie będę razem ze swoją drużyną. Traktowałem tę misję jako okazję do lepszego poznania się. Nie miałem jednak zamiaru dyskutować ze zleceniodawcą.
Posłusznie zostawiliśmy rzeczy w dwóch wcześniej przygotowanych przez mieszkańców namiotach. Chwilę później rozeszliśmy się w różnych kierunkach. Ja powróciłem do miejsca odbudowy budynków. Miałem pomóc przy skręcaniu konstrukcji.
Nie byłem ni wysoki, ni wyjątkowo silny, jednak z narastającą determinacją nosiłem kolejne ciężkie belki. Wraz mieszkańcami przybijaliśmy je do siebie, dając początek nowym domom czy sklepom. Skakałem pomiędzy zamocowanymi grubymi dechami, sprawdzając ich trwałość. Nie mogłem pozwolić, by nasze konstrukcje spadły komukolwiek na głowę. Swoją drogą, kilka razy udało mi się spaść z rusztowań. Dzięki szybkiemu skropleniu ciała, rozbijałem się o ziemię jako ciecz. Ochroniło mnie to przed nabiciem siniaków czy nawet skręceniu sobie karku. Oczywiście, zawsze kiedy traciłem równowagę znajdowała się osoba, próbująca mnie złapać czy wołająca o pomoc. Podziwiałem ich poświęcenie, jednak była to dość irytująca sprawa. Nie jestem dzieckiem, a shinobi!
Zaczynało się już ściemniać. Z tego też powodu, szef budowy kazał nam się zbierać. Skończyłem przybijać ostatnią z desek i zeskoczyłem na ziemię. Odwaliliśmy dzisiaj kawał dobrej roboty! Podziwiałem dumnie prezentujące się konstrukcje, wyobrażając sobie, jak piękne budynki z nich powstaną. 
Skierowałem swe kroki w stronę namiotów. Po drodze rozglądałem się po zniszczonych budynkach. Nie mogłem sobie wyobrazić smutku, jaki teraz muszą odczuwać właściciele tych domów. Minąłem stojące przy zgliszczach dzieci. Chłopiec i dziewczynka dyskutowali cicho. Postanowiłem zatrzymać się i dowiedzieć, o co chodzi. 
- Mao, wracajmy do mamy... - prosił, jak się domyślam, starszy z rodzeństwa. Ciągnął on zajętą przekładaniem cegieł siostrę za kaptur. 
- Nie, muszę znaleźć Kumę! - Dziewczynka wyglądała na przejętą, a w kącikach jej oczu dostrzegłem łzy.
- Mogę w czymś pomóc? - wtrąciłem się do rozmowy dalej kłócących się dzieci. Rodzeństwo spojrzało na mnie zaskoczone. Chłopiec zaczął zaprzeczać, rzucając szybkie "Już idziemy, proszę pana", jednak dziewczynka szybko wyjaśniła mi powód sporu:
- Mój pluszak, Kuma, tam został. - Mówiąc to, wskazała zniszczone domostwo. - Na pewno się boi, nie mogę go tak zostawić!
Jej brat syknął niezadowolony. Ja zaś, całkowicie rozumiałem problem dziewczynki. Została bez domu, pozbawiona wszystkich swoich skarbów. Kagetsu, moja najmłodsza siostra również ma ulubioną zabawkę, bez której nie wyobraża sobie życia.
- Bideny Kuma! - Podszedłem bliżej, rozglądając się po porozrzucanych naokoło deskach. - Znajdę go, obiecuję. Wy jednak odsuńcie się. To nie miejsce do zabaw. 
Rodzeństwo posłusznie cofnęło się. Ja sam wszedłem w same centrum zawalonego domu. Poprzesuwałem kilka belek, porozrzucałem kamienie, aż w końcu dostałem się do podłogi. Zignorowałem całe zmęczenie spowodowane dniem ciężkiej pracy. Nie mogłem nie spełnić obietnicy. 
Po chwili poszukiwań, dostrzegłem wśród połamanych desek kawałek materiału. Z ulgą zdałem sobie sprawę, że to własność dziewczynki. Misiek, choć trochę brudny i podarty wyglądał całkiem nieźle. Odwróciłem się do rodzeństwa, pokazując zgubę. 
Mao wtuliła się w przytulankę i rozpłakała się, mówiąc szybkie podziękowania. Poklepałem ją delikatnie po głowie.
- Wracajcie do rodziców - poleciłem, kiedy pierwsze emocje opadły. - Na pewno się martwią. 
Dzieci pokiwały głowami i odbiegły w stronę namiotów. Ja powolnym krokiem ruszyłem za nimi. Wtedy też dostrzegłem wracających do obozu Saeko i Sorę. Przyśpieszyłem kroku, całkowicie zapominając o zmęczeniu. Objąłem zaskoczonych towarzyszy ramionami.
- Cześć! Jak wam minął dzień?
***
Rzuciłem z siebie brudne ubranie. Byłem już w namiocie. Dzieliłem go z Sorą. Saeko przydzielona została do Kurenai. Postanowiłem wykorzystać więc tę okazję na poznanie nowego kolegi lepiej. Chłopak jednak leżał szczelnie zagrzebany w śpiworze? Czyżby aż tak cały dzień go zmęczył? Westchnąłem przeciągle. Dzisiaj odpuszczę mu rozmowę. 
Sam zwaliłem się na własne posłanie. 
- Dobranoc, Sora - pożegnałem się z towarzyszem, przykrywając się kocem. - Jutro pewnie będzie równie ciężko, co dzisiaj!
- Miłej nocy. - Słowa wypowiedziane przez towarzysza były dość ciche, ledwo słyszalne, jakby nieśmiałe i niepewne. Czy Sora się mnie boi? Miałem nadzieję, że nie. 
***
Dzień nastał szybko. Nawet za szybko. Obudził mnie gwar i głośne rozmowy ludzi. Coś było nie tak. Wyskoczyłem ze śpiwora, nawet się nie przebierając. W biegu chwyciłem jedynie swoją kurtkę. Wychodząc, prawie wpadłem na leżącego Sorę, o którym całkowicie zapomniałem. Przeprosiłem go szybko i wyjrzałem z namiotu. 
Wszyscy rozmawiali oburzeni, kierując swe kroki w głąb wioski. Ruszyłem za nimi. Na końcu drogi dostrzegłem potworny widok. Ktoś lub coś zniszczyło rusztowania! 
To, w co wczoraj włożyłem tyle serca i poświęcenia leżało zdewastowane na ziemi. Ogarnęła mnie wściekłość. Będziemy zmuszeni robić wszystko od początku! 
Odwróciłem się w stronę tłumu, zauważając członków swojej drużyny wraz z nierozemocjonowany mentorką. Podszedłem do nich. 
- Nie przypominam sobie, żeby w nocy była burza - zauważył Sora, przyglądając się nowym zniszczeniom. Chłopak miał rację. To nie wyglądało na robotę natury. 

Saeko?

środa, 11 marca 2020

Od Sory do Taogetsu

Westchnąłem ciężko, rozmasowując obolałe skronie. Stłumione tykanie zegara z każdą chwilą stawało się coraz bardziej uciążliwe, pogłębiając uczucie nieuzasadnionego niepokoju. Wybiła północ. Pomimo poczucia obowiązku i świadomości o niebywale ważnym zadaniu, które czekało mnie dzisiejszego popołudnia, nie byłem w stanie pozbyć się przytłaczającej wizji nadciągającego terroru. Nowa drużyna. Nowe środowisko. Niezależnie od tego, jak często zmuszony byłem do robienia czegoś po raz pierwszy, uczucie niepewności nie zanikało, rosło wręcz w siłę, dominując nad resztą emocji. 
Czy mnie zaakceptują? Czy potraktują jak indywidualną jednostkę? A może zmierzą ojcowską miarą?
Przytłaczający strach towarzyszył mi od dziecka i nie było chwili, w której pozwoliłby o sobie zapomnieć.
- Weź się w garść. - mruknąłem, przewracając się na drugi bok - Wszystko przed tobą.
Przymknąłem oczy, jednak zaciśnięta wokół gardła pętla nie pozwalała na zaśnięcie w spokoju. Nie miałem pojęcia, ile zajęło mi wątpienie w samego siebie oraz intencje osób, których nie zdążyłem jeszcze poznać, jednak sen przyszedł dopiero z chwilą, w której wycieńczony organizm sam pozbawił mnie świadomości.
***
Wstałem późno, zdecydowanie za późno. Doprowadzanie się do kresu wytrzymałości kiedyś mnie zabije. Sprawnym ruchem narzuciłem na siebie odpowiedni strój i uzupełniłem zapas shurikenów, nim w pospiechu zbiegłem po schodach. I choć zrobiłem co w mojej mocy, by poruszać się jak najciszej, nie umknęło to uwadze matki, której rozemocjonowane spojrzenie stanęło mi na drodze.
- Mamo, spieszę się. - odparłem, wodząc wzrokiem po ścianach, nie czując się na siłach, by ciągnąc dalej tę dyskusję
Kobieta zignorowała jednak wszystkie wymówki, którymi spróbowałem ją odpędzić, zmuszając do zjedzenia solidnego śniadania i wysłuchania paranoicznych pouczeń na temat mojego bezpieczeństwa. Westchnąłem ciężko, przyglądając się matce z pewną dozą współczucia. Odkąd ojciec zniknął bez śladu, jej zdrowie psychiczne podupadło, pogarszając się z każdym kolejnym miesiącem. I choć w głębi serca wiedziałem, że powinienem trwać przy jej boku, uszczęśliwiając na każdym kroku, przebywanie w jej towarzystwie stało się męczące. Próby kontrolowania każdej sekundy mojego życia były ostatnią rzeczą, jakiej obecnie potrzebowałem.
- Będę na siebie uważał. - Uśmiechnąłem się blado, czym prędzej odchodząc od stołu. - Przepraszam, ale naprawdę się spieszę! 
Nie odwracając się za siebie, wybiegłem z domu, i choć serce biło jak szalone, a mózg podpowiadał, by zawrócić, skierowałem się ku miejscu zbiórki.
***
Zwolniłem tempa dopiero kilkadziesiąt metrów przed celem mojej podróży, próbując uspokoić oddech. Spokojnym krokiem zbliżyłem się ku stojącej w pobliżu bramy grupie shinobi, niemal odruchowo analizując wykonywane przez nich ruchy. Nie wyglądają, jakby mieli mnie rozszarpać. Odetchnąłem głęboko, kojąc nadwyrężone nerwy, by chwilę później wbrew własnej woli znaleźć się w samym centrum wydarzeń.
- Przepraszam za spóźnienie! - Uśmiechnąłem się nerwowo. Grunt to dobre pierwsze wrażenie.
- Spokojnie, jesteś w porę. - Czarnowłosa kobieta obdarzyła mnie wyrozumiałym spojrzeniem, nieświadomie obniżając tym samym mój nadwyraz wysoki poziom stresu.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, tuż przede mną pojawił się szarowłosy chłopak, zasypując mnie potokiem słów, których w większości nie potrafiłem zrozumieć. Kimkolwiek był, stanowił moje idealne przeciwieństwo.
- Przepraszam, ale mógłbyś mówić trochę wolniej? - Zaśmiałem się cicho, znacząco machając dłonią. 
- Jasne, wybacz! Jestem Taogetsu. - Przedstawił się równie radośnie. Zacząłem szczerze zazdrościć beztroski, z jaką do tego wszystkiego podchodził.
- Sora Yuki, miło mi cię poznać. - Starałem się zabrzmieć najpewniej, jak tylko potrafiłem.
Chłopak uśmiechnął się szeroko, a ja nie potrafiłem powstrzymać się przed odwzajemnieniem gestu. Może przynależność do drużyny nie będzie wcale taka zła. W wyraźnie lepszym humorze odwróciłem się ku stojącej z tyłu dziewczynie, przedstawiając się raz jeszcze. W porównaniu z Taogetsu była wręcz wyprana z emocji - nie potrafiłem stwierdzić, czy jej spokój wywołała zwykła niechęć do reszty drużyny, czy zwyczajnie opanowana osobowość. 
- Saeko. - odparła krótko, nie dopowiadając już nic więcej
Nie naciskałem więc, czując, że dalsze próby nawiązania rozmowy skończyłby się katastrofą. Od krępującej ciszy uratował nas Taogetsu, który niemal jednym tchem wyrzucił z siebie informacje na temat dalszych planów. Misja. Jeśli było coś, czego w ogóle nie brałem pod uwagę, opuszczenie wioski z całą pewnością wpisywało się w tę kategorię. Nie zdążyłem jednak na dobre pogrążyć się we własnych rozmyślaniach - Kurenai jednym gestem uciszyła szarowłosego, wtajemniczając nas w szczegóły niezapowiedzianej wyprawy. 
- Niestety jedna z zaprzyjaźnionych wiosek uległa destrukcji. Straty są tak ogromne, że mieszkańcy nie są w stanie odbudować jej własnymi siłami. - Mistrzyni wypowiadała się niezwykle spokojnie, wodząc wzrokiem pomiędzy naszą trójką. - Poprosili nas o pomoc, nie możemy ich zawieść!
Kobieta poinformowała nas o kilku pomniejszych sprawach i nie zwlekając długo, ruszyliśmy przed siebie. Nie odzywałem się zbyt wiele, wtrącając swoje trzy grosze w rozmowę jedynie w chwilach, gdy zwracano się bezpośrednio do mnie. Wciąż bałem się, że jedno złe słowo pogrąży mnie na dobre. Poświęciłem więc całą swą uwagę obserwacji trójki towarzyszących mi shinobi - poruszali się sprawnie, z widoczną gracją i godną ninja zwinnością. Bez dwóch zdań nie byli to pierwsi lepsi sojusznicy i po głębszym zastanowieniu, cieszyłem się, że nie przyszło mi podróżować u boku słabszych jednostek. To moja szansa, by nauczyć się jeszcze więcej. 
Dotarcie do wioski zajęło dłużej, niż z początku zakładałem - mieszkańcy musieli być naprawdę zdesperowani, by prosić o pomoc tak oddalonych sojuszników. Wszelkie tezy o beznadziejnym położeniu tutejszych shinobi potwierdziły się wraz z chwilą, w której przekroczyliśmy bramę miasta. Wszechobecne spustoszenie i porozrzucane wokół fragmenty zabudowy wprawiły mnie w niemałe zaskoczenie, a widok pogrążonych w rozpaczy osób, którym kataklizm najpewniej odebrał mieszkania, napełnił serce współczuciem. Wioska wyglądała jak po przejściu tornada, a nie zwykłej burzy. Ci ludzie naprawdę potrzebowali pomocy. Zdruzgotany rozejrzałem się wokół, starając się przyswoić jak najwięcej szczegółów, które mogłyby ułatwić powierzone drużynie zadanie. Destrukcja okazywała się wręcz przytłaczająca, gdy stanęło się jej naprzeciw. W tym czasie do naszej grupy podszedł poważnie wyglądający mężczyzna, rozmawiając o czymś z czarnowłosą kunoichi. Kobieta skinęła głową i gdy skończyła dyskusję, odwróciła się w naszą stronę.
- Jak widzicie, pracy jest wiele, nie mamy chwili do stracenia. - Kurenai zdawała się równie wstrząśnięta ogromem strat, nie pozwalając jednak, by emocje przeszkodziły jej w pełnieniu roli naszej Mistrzyni. - Wasza pierwsza misja zostaje oficjalnie rozpoczęta.

[Taogetsu?]

poniedziałek, 9 marca 2020

Od Saeko do Sory

Ziewnęłam przeciągle czując jak pod powiekami zbierają się łzy. Leniwie otarłam je wierzchem dłoni próbując zmusić oczy do całkowitego wybudzenia. Dzisiaj był dzień, w którym poznam swoją nową drużynę. No po prostu skaczę ze szczęścia. Nic tylko umierać, bo poznam nową zgraję debili i może nasza sensei będzie tym razem bardziej ogarnięta. Szczerze mówiąc cieszyłam się jednak, że naszym mentorem nie jest Might Guy. Oj, nie zdzierżyłabym tego gościa za nic. Nie znoszę go za ten optymizm, głupie podejście do życia i dojść dziecinne zachowanie niegodne dorosłego mężczyzny. Z pewnością do cech, które przeszkadzają mi w tym shinobi to strój. Na wszystkich bogów, kto się tak ubiera? Okropieństwo.
Zrzuciłam z siebie kołdrę i zaczęłam się rozciągać chcąc wybudzić również wszystkie swoje mięśnie. Muszą być gotowe na to, co je może spotkać. Może od rana będę spieprzać ukradkiem od mojej drużyny? Nie jest to honorowe zachowanie ale zdecydowanie lepsze, niż wpaść w bezsensowne tarapaty nie z własnej woli. Ziewnęłam jeszcze parę razy ze zrezygnowaniem padając znowu na łóżko. Na moment zamknęłam oczy ale za chwilę usłyszałam w progu pokoju głos mojej matki. Otworzyłam je z grymasem niezadowolenia na twarzy.
-No wstawaj, nie możesz się tak lenić. Jeszcze się spóźnisz Sae! - wykrzyknęła na co zareagowałam dość leniwym głosem.
-Tak, tak… - przewróciłam się na drugi bok i ciężko wzdychając wstając z miejsca.
Rutynowo stanęłam przed lustrem, które stało w moim pokoju i zaczęłam przyglądać się swojej sylwetce. Kiedy tak przestałam podziwiać swoje cudowne ciało, wzięłam swój granatowy, dość swobodny strój, który pozornie wyglądał na jednoczęściowy. Powolnymi ruchami wykonywałam poranną toaletę, dokładając staranności by porządnie rozczesać burzę czerwonych włosów. Swoją przepaskę z emblematem wioski zawiązałam na lewym ramieniu. Spakowałam parę shurikenów i dwa kunaie, tak żeby nikt się nie czepiał, że nie noszę żadnej broni choć powinnam.
Zeszłam po schodach od razu do kuchni. Wzrokiem omiotłam pomieszczenie widząc i widząc jak mama przygotowała dla mnie śniadanie, podrapałam się po karku z lekkim zmieszaniem.
-Mamo… - zaczęłam ale ta mi gwałtownie przerwała. Była energiczna i nie znosiła sprzeciwu, całkiem jak mój ojciec.
-Nic nie mów tylko jedz. Musisz się porządnie najeść -fuknęła kładąc na stole porcję dla mnie.
-Z matką się lepiej nie kłócić - szepnął do mnie ojciec, obrywając za to ręcznikiem od naczyń po głowie.
-Żebyśmy nie spóźnili się z mojego powodu do pracy - burknęłam siadając do stołu.- Itadakimasu!
-O nas się nie martw, za to przejmuje się twoimi ruchami. Nie cieszysz się? - Tsubaki podparła się pod boki mierząc mnie wzrokiem. Znieruchomiałam kątem oka zerkając na swojego ojca.
-Ah, jasne, cieszę się -odparłam z szeroko otwartymi oczami zastanawiając się czy dostanę reprymendę czy pochwałę.
Uratował mnie Akaashi. Małżeństwo to zaczęło rozmawiać na swoje własne tematy dając mi zjeść w spokoju posiłek.  Ta dwójka zakochanych mimo wielu lat za sobą nadal wydawali się młodzi i równie zakochani jak zawsze. Ich miłość zaskakiwała mnie ale również w pewien sposób odpychała. “Mogę o czymś takim pomarzyć”, rzuciłam w myślach kończąc swoje śniadanie. Odstawiłam naczynie do zlewu i pospiesznie wyszłam z domu głośno im to obwieszczając. Na zewnątrz było naprawdę spokojnie, możliwe że przez wczesną porę. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę umówionego spotkania. Po drodze w głowie miałam przeróżne wizje mojej drużyny. Jeśli znowu pogłębię niechęć innych do współpracy ze mną, zrozumiem to. Tylko by nikt nie nadszarpnął moich nerwów, choć w sumie mało kto potrafi mnie zdenerwować. W oddali zauważyłam dwie osoby: Kurenai oraz chłopca, od którego z oddali biła fala optymizmu. Widziałam jego gwałtowne ruchy i już wiedziałam, że oznacza to same kłopoty. Ledwo podeszłam, nie zdążyłam nawet spokojnie stanąć w miejscu a zostałam ‘zaatakowana’ przez szarowłosego chłopaka, który chwycił mnie za dłonie. Odsunęłam się o krok chcąc utworzyć dystans.
-Jestem Taogetsu -powiedział na wstępie mimo wszystko przybliżając się do mojej osoby. -Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna.
-Saeko - powiedziałam beznamiętnie swoje imię. - Mógłbyś puścić moje dłonie? -zapytała, choć walczyła z tym, by je po prostu wyszarpnąć albo rozkazać w dość chłodny sposób.
-A! Wybacz, wybacz! Po prostu nie mogę się doczekać! Wiesz, będziemy mieli dzisiaj misję! Od dzisiaj! -zaczął gadać jak najęty, co mnie najmniej interesowało.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem i go słucham, choć prawdę mówiąc tak nie było. Wyminęła chłopaka i witając się ze swoją sensei, usiadła tuż obok niej głośno wzdychając.
-Trochę przestrzeni - mruknęła sama do siebie ale musiała usłyszeć ją Kurenai, która cicho zachichotała.
-Jesteś z klanu Uzumaki, tak? Ale to musi być super! Masz uwolnienie ognia? - przysiadł się niebezpiecznie blisko. Chciałam się odsunąć ale było to co najmniej niemożliwe.
-Wody -poprawiłam go zmieszana patrząc na Taogetsu. Nie musiałam pytać shinobi, ponieważ sam mi to powiedział.
-Naprawdę? Ja również ma uwolnienie wody. Czy to nie wspaniałe? -zamrugałam parę razy nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Kątem oka zauważyłam postać zbliżającą się do naszej trójki. Kojarzyłam go, to Sora Yuki z klanu Yuki mający… uwolnienie lodu! Zamaskowałam swoje zdziwienie, tą sytuacją. Kiedy do nas podszedł od razu wiedziałam, że to nas ostatni członek drużyny. “No świetnie, grunt to dobrze zbilansowana drużyna”, przemknęło mi przez myśl będąc na zewnątrz niezwykle spokojną. Ta misja nie ma prawa się udać. 


Sora? 

niedziela, 8 marca 2020

Od Maemi Do Kakashi'ego

Siedziałam w łóżku, trzymając w dłoni ramkę ze wspólnym zdjęciem z moim zmarłym narzeczonym. Pomimo tego, że to był już trzeci miesiąc bez mojego ukochanego wśród żywych… Powoli się godziłam z moim losem, jednak po ośmiu latach szczęśliwego związku, trudno było się przyzwyczaić do chłodnego miejsca w dwuosobowym łóżku. Patrząc na fotografię, nieświadomie położyłam dłoń na miejscu, w którym jakiś czas temu leżał Hitoshi. Zupełnie tak, jakby chciała się zaraz położyć głowę na jego klatce piersiowej i wtulić się w jego ciepłe ciało. Teraz brakowało mi tego. Brakowało mi tego ciepła drugiej osoby, przy której mi się tak dobrze zasypiało. Na całe szczęście miałam dwa kochane szczeniaki, które wypełniły pustkę w moim sercu. Chociaż z czasem zaczęłam się zastanawiać, czy one kiedyś one by mogły być moimi towarzyszami podczas misji. Nigdy nie miałam zwierzęcych partnerów, a często widziałam współpracę między różnymi shinobi, a ich partnerami. Byli czasami bardziej zgrani niż kilkuletnie drużyny. Trochę im zazdrościłam im takich silnych więzi… Hektor i Rose zaskomlały cicho, widząc mnie w przygnębionym nastroju. Podbiegły do łóżka, próbując na nie wskoczyć. Były jednak za małe i nie udawało im się to najlepiej. Podniosłam oba maluchy i mocno się do nich przytuliłam, odkładając na bok ramkę ze zdjęciem. Wiedziałam, że musiałam iść do przodu, a nie tkwić w jednym miejscu. Gdyby Hitoshi mógł mi przekazać ostatnie słowa, pewnie by mi powiedział, abym nie wpadła w stagnację, tylko poszła do przodu, czerpiąc z życia całymi garściami. Na pewno nie chciałby mnie widzieć skuloną w łóżku i ocierającą łzy z policzków. Pocałowałam szczeniaki w czoło, po czym położyłam je na podłodze. Sama leniwie wstałam, przyglądając się w lustrze. Starałam się utrzymywać zadbany wygląd, aby nikt nie podejrzewał, że jest coś ze mną nie tak. Poszłam do łazienki na poranną toaletę. Związałam włosy w wysokiego kucyka. Na śniadanie zrobiłam sobie bułeczki na parze. Nie byłam głodna. A przynajmniej nie odczuwałam potrzeby spożywania regularnych posiłków, jednak chcąc utrzymać zdrowy organizm musiałam tego dokonywać. Przed spożyciem swojego prostego śniadania, nakarmiłam najpierw swoje przeurocze szczeniaki. Po posiłku zabrałam je na spacer do domu rodziców, a dokładniej do siostry. Kobieta widząc mnie, mocno się przytuliła, oczywiście przed tym rzucając się na mnie. Ojciec tradycyjnie nie chciał ze mną rozmawiać, zaś matka starała się utrzymać nasze konwersacje w jak najbardziej minimalistycznym wydźwięku. Można powiedzieć, że nasze rozmowy były bardzo dobrym przykładem small talku, który do niczego produktywnego nie prowadził. Po prostu te pozbawione sensu zdania miały przerwać jakąkolwiek niezręczną ciszę, która mogła zwiastować jakąś kłótnię. Miyoko widząc nasze sztywne konwersacje, zaproponowała nam spacer i spędzenie czasu w moim domu. Zgodziłam się bardzo chętnie. Pochodziłyśmy ze szczeniakami po dzielnicy klanu Hyuga, a później skierowałyśmy się do mojego domu. Moja kochana siostra bliźniaczka pomogła mi posprzątać dom. Swobodnie rozmawiałyśmy o naszych misjach, które odbyły się stosunkowo niedawno.
- Może chcesz się przejść na miasto wieczorem? - zaproponowała siostra.
- Chcesz we mnie obudzić alkoholiczkę? - zachichotałam się cicho pod nosem, popijając gorącą herbatę.
- A kto tu powiedział o piciu? - Miyoko spojrzała się na mnie, unosząc delikatnie brwi.
- Przecież znam cię nie od wczoraj i wiem, że wychodzenie na miasto z tobą kończy się piciem. - pokręciłam głową, patrząc na kobietę.
- No dobrze, dobrze. Po prostu musisz się trochę rozluźnić. Potrzebujesz trochę zabawy, a procenty ci przy tym pomogą - odpowiedziała ciemnowłosa. Trudno było mi się z nią nie zgodzić. Miała rację, potrzebowałam czegoś, co by nieco mnie rozluźniło. Może przy okazji poznam kogoś ciekawego. Przystałam na jej propozycję. Przez południe trenowałyśmy razem w pobliskim lesie. Oczywiście, siostra była ode mnie silniejsza, ale za to byłam od niej szybsza. Szkoda, że rzadko kiedy mamy wspólne misje. Mogłbyśmy być wspaniałym duetem. Tuż przed zachodem słońca wróciłyśmy do mnie do domu. Przebrałyśmy w nieco schludniejsze ubrania, nadające się do wyjść na miasto. Przecież bym nie pojawiła się w takim barze w dresach… Szłyśmy obok siebie za ręce. O tej godzinie nie było jeszcze wiele osób, jednak powoli zbierali się ludzie. Był to w dodatku piątek. W pierwszym barze posiedziałyśmy przez chwilę, później poszłyśmy do ichiraku ramen, ponieważ nie wypadało kontynuować dalszego wieczoru z pustym żołądkiem. W kolejnym barze rozpoznałam znajome twarze, a może dokładniej plecy. Był to Kakashi wraz z jego przyjaciółmi, Guyem, Asumą i Kurenai. Osobiście nie przepadałam z Guyem, jednak szanowałem go. Siostra widząc, jak przyglądałam się tej czwórce, próbowała mnie zachęcić do podejścia do nich. Jednak nie chciałam im psuć zabawy, wtrącaniem się w ich ekipę. Niestety, Miyoko miała gdzieś te wszelkie zasady.
- Pamiętasz, że Kakashi ma psy jako partnerów i chowańców, prawda? - powiedziała, chwytając mnie za nadgarstek.
- No i co z tego? - uniosłem pytająco jedną brew, próbując dopić swojego drinka.
- No i idź się jego zapytać. Na pewno ci pomoże! - odpowiedziała radośnie, ciągnąć mnie za sobą. Nawet nie próbowałam stawiać oporu, ponieważ moja wstawiona siostra bywała nieznośna.
- Hej Kakashi! - krzyknęła entuzjastycznie. Miałam wrażenie, że trochę zaskoczyła ekipę swoją obecnością. - Moja siostra ma do ciebie pytanie! - dodała, uśmiechając się do mnie. Spojrzałam się na nią błagająco. Białowłosy potrzebował chyba parę chwil, aby przypomnieć nasze imiona oraz skąd nas znał. Jeśli chodziło o mnie, to nie było aż tak trudne, przez ostatnie trzy miesiące wiele osób, których znałam z widzenia mnie rozpoznawały... Właśnie przez śmierć mojego narzeczonego.
- Cześć Miyoko i Maemi - przywitał się mężczyzna. Wtedy zrodziło się w mojej głowie pytanie… Jakim cudem on pił alkohol, mając na sobie maskę? Jednak to nie miało być moim pytaniem.
- Długo się nie widzieliśmy, Kakashi - powiedziałam spokojnym głosem, delikatnie opierając się o ladę.
- Prawie bym zapomniał - przerwał mi nagle. - Przykro mi z powodu twojego narzeczonego - dodał, posyłając delikatny uśmiech w moją stronę, który mogłam ledwo dojrzeć przez maskę.
- Niestety, takie życie shinobi - odpowiedziałam, delikatnie wzdychając. - Ale nie o tym. Z tego co wiem, to twoim partnerem jest pies. I chciałam się zapytać, czy byłbyś w stanie mi pomóc, albo dać parę wskazówek w kwestii partnera psa? - zapytałam się pewnie, ignorując już fakt, że to właśnie siostra mnie zmusiła do rozmowy z Kakashim. Doskonale wiedziała, że kiedyś byłam w nim zauroczona po uszy, jak wiele innych dziewczyn. Zaś ona lubowała w pewnym nastolatku z klanu Uchiha. Miałam tylko nadzieję, że nie wpadła na jakieś inne głupie pomysły, a moja rozmowa z Kakashim będzie się jakoś kleiła, ponieważ trochę brakowało mi rozmów z ludźmi spoza mojej rodziny.

Kakashi, pomożesz jej? :D

Od Taogetsu do Saeko

Wstałem wyjątkowo wcześnie. Emocje wzięły górę nad zmęczeniem. Dzisiaj bowiem miałem pierwsze spotkanie ze swoją nową drużyną. Uśmiech nie znikał mi z twarzy, kiedy zakładałem czyste ubranie oraz sprawdzałem ilość swoich shurikenów. Nie wziąłem ich jednak zbyt wiele. I tak nigdy nie trafiam. 
- Wychodzę! - zawołałem, zeskakując ze schodów. Automatycznie skierowałem się w stronę drzwi. Przed opuszczeniem domu powstrzymała mnie jednak mama. Nie podzielała mojej ekscytacji, przedłużając moje cierpienie związane z oczekiwaniem i zmuszając do zjedzenia śniadania. Przewróciłem oczami i usiadłem za stołem. 
W końcu udało mi się opuścić naszą posesję. W międzyczasie jeszcze raz wróciłem się do pokoju, ponieważ w całym zamieszaniu zapomniałem o swoim trójzębie. Wiedziałem, że nie będzie mi potrzebny na pierwszym spotkaniu, ale pragnąłem pokazać się z jak najlepszej strony. 
W podskokach kierowałem się w stronę umówionego miejsca zbiórki. Wtedy zauważyłem idącą przede mną znajomą postać. 
- Kazuhiko! - Chłopak nie odwrócił się, dalej idąc i wpatrując się przed siebie. Nie mogłem pozwolić, by Hyūga tak po prostu mnie zignorował. Dlatego też zawołałem jeszcze raz głośniej: - Kazu!
Shinobi zatrzymał się, wzdychając głośno. Długie włosy spłynęły po jego ramionach, kiedy odwrócił głowę w moim kierunku. Podbiegłem, a kiedy znalazłem się odpowiednio blisko, objąłem go ręką. 
- Witaj, Taogetsu - przywitał się swoim typowym, pozbawionym emocji głosem. Uwolnił się również z mojego objęcia. Kazuhiko na prośbę Hokage, zaraz po tym jak przeprowadziłem się do Kraju Ognia, oprowadził mnie po okolicy i wyjaśnił strukturę wszystkich egzaminów oraz misji. Kilka razy udało nam się nawet razem potrenować. Chociaż ninja wydawał się dość oschły, zdążyłem go polubić. 
- Dobrze cię widzieć! - Uśmiechnąłem się do chłopaka. Po dzierżonych w dłoniach torbach, wywnioskowałem, że właśnie wracał z zakupów. - Słuchaj, dzisiaj mam pierwsze spotkanie ze swoją drużyną. 
- Doprawdy? - Kazu uniósł brwi i poprawił trzymaną siatkę. - Nie chcesz się zapewne spóźnić, prawda? Nie będę cię zatrzymywać, idź przodem. Powodzenia. 
Chociaż wyczułem, że shinobi najprawdopodobniej próbuje mnie zbyć, postanowiłem postanowiłem posłuchać jego rady. Pożegnałem się więc z przyjacielem i pobiegłem w stronę wejścia do wioski. To tam pani Kurenai zaplanowała zbiórkę. Nie mogłem doczekać się, by spotkać się ze swoją sensei. Znałem ją jedynie z opowieści. Chociaż wydawała się wspaniałą kunoichi, popularnością nie doruwnywała rozpoznawanym w całej wiosce Kakashi'emu czy Guy'owi. Oczywiście w żadnym wypadku mi to nie przeszkadzało. Na pewno będzie świetną nauczycielką!
Bardziej jednak ciekawili mnie moi nowi towarzysze z drużyny. Nie znałem ich nawet z imion. Swoją drogą, Kazuhiko był jednym rówieśnikiem, którego dane mi było poznać. 
Z tego też powodu wizja zdobycia nowych przyjaciół od kilku dni spędzała mi sen z powiek. Zastanawiałem się, jacy będą moi nowi współtowarzysze. Miałem nadzieję, że szybko się dogadamy. W końcu, od teraz przez jeszcze długi czas będziemy zmuszeni współpracować. 
Z każdym kolejnym metrem moja ekscytacja sięgała zenitu. Biegiem pokonywałem kolejne uliczki, aż w końcu dotarłem do miejsca docelowego. Słońce nie było jeszcze wysoko na widnokręgu. Właściwie, do spotkania miałem jeszcze godzinę. Wyruszyłem wcześniej w obawie przed spóźnieniem. Dodatkowo, nie istniała możliwość, żebym spokojnie przesiedział ten czas w domu.  
Zmęczony biegiem, przysiadłem na ziemi. Odpiąłem zawieszoną u mojego paska butelkę, którą momentalnie opróżniłem. Rozejrzałem się za jakimkolwiek sklepem, aby uzupełnić zapas. Na szczęście jeden znajdował się w pobliżu. 
Resztę pozostałego czasu spędziłem leżąc na ławce przy wejściu do wioski. Pomimo nadchodzącej wiosny, dalej było cholernie zimno. Wcześniej nie odczułem panującego chłodu i teraz żałowałem, że nie zabrałem cieplejszego płaszcza. Westchnąłem głośno, obserwując unoszącą się z mych ust mgiełkę. Wtedy też usłyszałem kroki. Podniosłem głowę i ujrzałem zbliżającą się do mnie kobietę. Miała gęste, ciemne włosy oraz niespotykanie czerwone oczy. Poderwałem się z miejsca. 
- Pani Kurenai? - zapytałem z nadzieją. Stojąca przede mną kunoichi zmierzyła mnie wzrokiem.
- Tak. Ty musisz być Hōzuki Taogetsu, prawda? - odparła z lekkim uśmiechem. - Miło mi cię poznać. 
Radość ogarnęła całe moje ciało. Energicznie pokiwałem głową.
- Długo czekasz? - zapytała, dosiadając się obok mnie na ławce. 
- Skądże. Przed chwilą przyszedłem. - Podrapałem się po karku. Nie było potrzeby, żeby mówić jej jak niesamowicie nudziłem się przez ostatnią godzinę. 
- Niedługo pewnie przyjdzie reszta. - Kurenai rozejrzała się. Wydawała się równie podekscytowana, co ja. 
- Jaki mamy plan na dzisiaj? - zapytałem. Nie mogłem dłużej czekać. Musiałem to wiedzieć. 
- Zdradzę ci jedynie, że ruszamy na misję - odpowiedziała tajemniczo, przybierając na chwilę poważny wyraz twarzy. - Resztę wyjaśnię, kiedy zgromadzi się cała drużyna. 
W tym momencie poczułem jak rozpiera mnie jeszcze większa ekscytacja. Chęć poznania nowych towarzyszy zeszła na drugi plan. Czeka nas misja. Najprawdziwsza na świecie misja!
Wtedy też zauważyłem idącą w naszym kierunku dziewczynę. Na tle innych mieszkańców wioski wyróżniała się niezwykle długimi, czerwonymi włosami. Od razu domyśliłem się, że wywodzi się z klanu Uzumaki. Wymieniłem spojrzenia z Kurenai, która potakująco kiwnęła głową. 
Dziewczyna ledwo podeszła do nas, kiedy zerwałem się z miejsca i złapałem ją za dłonie. Kunoichi, trochę niższa ode mnie, cofnęła się o krok, najpewniej zaskoczona. 
- Jestem Taogetsu - przywitałem się, przysuwając się bliżej. - Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna. 
  
Saeko?
Template by